Polecany post

104. Książka: Banany i cytrusy, czyli leć do Afryki

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 września 2015

53. Psina w Nanning

19.05.2015
                 Uwaga. Pod postem są drastyczne zdjęcia. Przedstawiają psy w formie spożywczej.


    Dzisiaj dzień zwiedzania, właściwie włóczenia się po Nanning. Jem śniadanie w małej knajpce dla lokalsów naprzeciwko mojego hostelu. Wystarczyło przejść przez ulicę, żeby do niej dotrzeć. Motorków na niej bez liku. No cóż, trzeba się przyzwyczajać. W Wietnamie będzie ich jeszcze więcej. Z obrazkowego menu na drzwiach wybrałem swoje danie za 7 juanów, zapłaciłem kasjerce siedzącej na zbyt wysokim stołku, odebrałem swoją porcję w okienku i zajadam jakąś warzywną zupkę z makaronem i dodatkami. Nie robi szału, bo makaron to nie wynalazek dla mnie, ale da się zjeść.
    

 Zjadam nie wszystko i idę na elegancki deptak, których pewnie sporo w tym mieście. Ciekawe, spodziewałem się tłumów, a tu ludzi nie za wiele. Gorąco. Ulica gładko wyasfaltowana, a na niej widzę moich 4 znajomych z hostelu, których poznałem wczorajszego wieczoru. Młode chłopaki z Kanady przyjechali do Chin… pojeździć na deskorolkach i teraz szaleją po tym deptaku w Nanning. Oj, piękna jest młodość i wolność. Dobrze, że w tym jeszcze uczestniczę.
    Nanning to kilkumilionowe, klimatyczne miasto na południu Chin. Posiada wiele pięknych wysokich budynków, ale przede wszystkim jest to miasto parków i zieleni. Roślinność tu występująca to przede wszystkim roślinność tropikalna. Jest na co popatrzeć.

w kasku też można chodzić
   
    I tak włóczę się po mieście bez celu, zagubiony pośród wąskich uliczek i  szerokich arterii. Gdzieś zasiadam na kawę, gdzieś kupuję sobie loda. Często wchodzę do sklepów z odzieżą. Nie, nie dlatego, że je lubię, wprost przeciwnie. Tam jest chłód, którego w mieście nie ma. No, i są sprzedawczynie, na które można pozerkać ukradkiem. Robi to większość facetów, ale nie wszyscy się przyznają. Ja jestem takim zerkaczem, żeby nie powiedzieć gapicielem. Nie raz mało nie wywinę orła, na chodniku, czy ulicy, jak się tak zazerkam. Śmieszy mnie tu szczególnie jedna sieć sklepów odzieżowych. Na świetlnej tablicy widnieje napis Playboy i głowa króliczka. Skojarzenie jest jednoznaczne i oto pewnie chodzi. Ale w środku próżno szukać golizny czy czegoś w tym rodzaju. To pewno tęsknota Chin za zachodem albo… chłit marketingowy.
zamiataczka ulic

    
   Po południu idę do swojego hostelu, kupić bilet na jutro do Hanoi. Zamawiam go u recepcjonistki, która świetnie mówi po angielsku. Odjazd mam jutro o 9.30 a za bilet mam zapłacić 168 juanów. Mam odebrać go w kasie dworca. Proste? Proste. Przy recepcji poznaję Szweda. Młodzian jedzie z Wietnamu i będzie się ,,pchał” do Pekinu. Potem chce ruszyć do  Mongolii. Zapalają mi się oczy na sam dźwięk nazwy tego kraju. Mówię mu, że tam byłem…, więc nie ma rady. U recepcjonistki zamawiamy po piwku i opowiadamy sobie, ja mu o Mongolii, on mi o Wietnamie. Włącza się do naszej rozmowy dziewczyna zza recepcyjnego kontuaru, który jest jednocześnie barem i oznajmia nam, że chce nam opowiedzieć kawał o Szwecji i pyta, czy jesteśmy zainteresowani, żeby go usłyszeć. Jasne, że chcemy. A ona opowiada jak to w Sztokholmie na przystanku autobusowym stoi dwóch osobników czekających na autobus. I stoją, jeden na jednym końcu przystanku, a drugi na drugim. I zanosi się śmiechem. WTF?! A gdzie jakaś puenta? I o co w ogóle chodzi? No to ona nam wyjaśnia, że to bardzo śmieszne i dla niej egzotyczne. Jak to tak stać, tak daleko od siebie? To według niej trochę głupie. W Chinach jak stoi 6 osób na przystanku, to wszyscy stoją blisko siebie. No tak, zauważyłem w Pekinie. Mrugamy do siebie porozumiewawczo ze Szwedem. Takie to są różnice na tym globie.




 
    Mój nowy kolega opowiada mi, że był na ulicznym obiedzie tam, gdzie jest targ nocny. Opowiada, że w poprzecznej do tego targu uliczce sprzedają psy do jedzenia. ,,Jak to psy?”, pytam. Dopijam resztę piwa, żegnam się z kolegą i idę tam zobaczyć. I tak miałem iść coś zjeść. A gdyby tak skonsumować  psa? No, nie całego, kawałek tylko. Myśl trochę mnie paraliżuje. Dam radę? Sam nie wiem. Postanawiam nie myśleć na ten temat, aż dojdę na miejsce i zobaczę, jak to wygląda. ,,Ło Matko Bosko… nigdy w życiu”. Niemal słyszę swój krzyk w myślach. Szczerze mówiąc, wolałbym zjeść szczura. Tego, co tu widzę, nie wziąłbym nawet do ręki. Jak to wygląda? Kto wrażliwy, niech opuści ten fragment. W niewielkiej budce, wiszą grillowane i pieczone psy. Przed obróbką termiczną zostały oskórowane i wypatroszone. Jeden z nieboraków ma niewielki otwór w brzuchu, także być może, został wypatroszony tylko częściowo. Pod szyją nie ma nacięcia, więc tchawica na pewno jest w środku. Są to sporej wielkości psy, a ja raczej spodziewałem się małych kundelków. Są przygotowane z głowami, z których wystają kikuty uszu. Z pysków wystają obnażone zęby. Łapy przednie i tylne też są, naturalnie, w całości. Nawet opuszki widzę. Pazurów wzrokiem nie szukam. Patrzę na to z wielkim wstrętem i obrzydzeniem. Obok na aluminiowej tacy, poćwiartowane zwłoki innego nieszczęśnika. To gotowana psina. Z dużej tacy sterczy wystający długi ogon. No cóż, to wygląda trochę bardziej ,,apetycznie” niż pieczony. NIE MA MOWY. Nie zjem tego…, za Chiny. Wiele widziałem już w Azji, ale to mnie szokuje na tyle, że nawet nie podchodzę zbyt blisko do tego stoiska. Zdjęcia robię z pewnej odległości. Nie jadam psiny… i już.


   Wielu krytykuje Wietnamczyków i Chińczyków za ten proceder, ale pomyślmy. Gdzieś na świecie nie jada się świń, gdzieś koni, gdzieś krów, gdzieś psów, gdzieś świnek morskich. A w innych miejscach są przysmakami albo ,,chlebem” codziennym. W Polsce jadamy świnie, specjalnie na ten cel trzymane w małych buchtach lub wielkich oborach, karmiąc je niemal zatrutym żarciem, żeby szybko urosły. Podajemy naszym dzieciom kanapkę z szyneczką i sałatą, zachęcając, żeby jadły. Martwimy się, że nie chcą. Od hormonów wzrostu i innych substancji serwowanych świniom i kurczakom nasze pociechy bardzo wcześnie mają biusty. Kiedyś tak nie było. Jak tak dalej pójdzie, siedmiolatki będą przed pójściem do szkoły przymierzać biustonosze. A my się martwimy, że dziecko woli masło orzechowe, bo tam jest dużo cukru, a w telewizji mówili… . Tłuczemy w niedzielę schabowe, aż po klatkach schodowych w blokach roznosi się echo. Grillujemy świnie, krowy, kury bez opamiętania w majowe (i nie tylko) weekendy. Jestem pewien, że gdyby klimat pozwolił, grillowalibyśmy przez cały rok. A co tam tak zawzięcie pieczemy? Marchewki? Nie bądźmy hipokrytami. Badania dowodzą, że świnie są inteligentniejsze od psów. Gdybyśmy psy zamknęli na kilka stuleci w ciasnych buchtach, a świnie wpuścilibyśmy, również na kilka stuleci do swych pieleszy, zobaczylibyśmy efekty. Jeśli nie jesteś weganem od wielu lat, to nie krytykuj innych kultur i ludzi. Swoją drogą, wiem, że większość Chińczyków i Wietnamczyków nie jada psiego mięsa. W Pekinie niektórzy ludzie mają na ich punkcie większego hopla niż my w Europie. Ubierają je zimą w sweterki, kamizelki, i tak jak my czeszą, pielęgnują, chodzą na spacery. U nas zimą marzną psy przywiązane łańcuchami przy budach na zapadłych wsiach. Mieszczuchy przed wyjazdem na wakacje wywożą swoje pupilki do lasu, tam je zostawiając. Potem bawią się w kurortach Turcji, Egiptu, Grecji albo na plaży w Mielnie. Piją drinki słomkami. Czują się panami tego świata. Słomka, gdy im się przypadkiem złamie…, nie szkodzi. Wyjmują sobie nową… z butów, a raczej z klapków. Tam mają całe snopki. Czy pomyślą pomiędzy jednym drinkiem a drugim, pomiędzy jedną słit focią a drugą o swoim zostawionym na pastwę losu psie? Myślicie, że to bardzo rzadkie wyjątki? Idźcie do schroniska, sami zobaczcie. Widziałem kiedyś psa przywiązanego do drzewa, żeby nie pobiegł za samochodem za swym ,,panem”. Przykry to widok. Przekleństwa cisną mi się na usta, a nawet zaciskają się pięści. Nie chcę więcej kląć, bo i tak za dużo mięcha na tym blogu.
    Świat jest trochę bardziej złożony. Jak mawiał mędrzec: ,,Tylko głupiec ma odpowiedź na wszystko”. Nie…, to zdanie nie jest o naszym najsłynniejszym podróżniku, wszech - katoliku. On jest bardzo inteligentny i po prostu zna się najlepiej na ekonomii, polityce, religii, prawie. A fakt bycia wielkim katolikiem, podróżnikiem i rasistą w jednym, widocznie mu nie przeszkadza.
     Z tego wszystkiego na obiad jem rybę. Nie ruszę dziś chyba mięsa. Za dużo ponurych myśli na ten temat przewinęło mi się przez pustostan mojej głowy. Dobrze, że wczoraj na kolację zjadłem kaczkę po pekińsku. Dziś bym chyba nie ruszył.
    Wieczorem mała impreza w świetlicy hotelu, która w zasadzie bardziej przypomina pub. Są pufy, jest barek, jest bilard, są hamburgery (nie jem). Z głośników płynie cicho muzyczka. Siedzę z ,,moim” Szwedem i chłopakiem z Singapuru strzaskanym na machoń. Piwkujemy, gadamy, wymieniamy się poglądami. Singapurczyk też podpalił się na Mongolię. Pokazuję mu zdjęcia w moim laptopie. Miły wieczór po słodkim dniu bez żadnego środka lokomocji. Umawiamy się ze Szwedem na rano przed recepcją, że się spotkamy i wspólnie pojedziemy na dworzec autobusowy taksówką. Tak będzie taniej.
Jutro wjadę do Wietnamu. Ale jaja. 




poniedziałek, 7 września 2015

52. Pociągiem przez Chiny

 18.05.2015
    


    Dziś pobudka o 5.30. Gospodarze odwożą mnie o 6.00 windą kilkanaście pięter w dół. Żegnamy się, a ja zajmuję miejsce w taksówce, która stała akurat przed blokiem. Nie trzeba było nawet machać na liczne, przejeżdżające obok samochody. Jadę w kierunku Dworca Xi Zhan, skąd wyruszę pociągiem do miasta Nanning na południu Chin. Pogoda słoneczna, choć w Pekinie widać już wyraźny smog, który jest w tej metropolii wielkim problemem. Smog, czyli mgła wzmocniona przez dym, to skutek działalności człowieka, ale tu w Pekinie, to również efekt pyłów i piasków docierających z Mongolii Wewnętrznej i pustyni Gobi. Podczas mojego pobytu nie czułem go i nie widziałem, ale Dorota opowiadała mi jak bardzo potrafi dać mieszkańcom w kość, czy raczej w płuca. 
    Ruch na wielopasmowej drodze jest wielki, a ja z okien taksówki odruchowo liczę wyprzedzane rowery. Podobno jest ich tu dziewięć milionów, tak przynajmniej twierdzi Katie Melua. Po kilkunastu rowerzystach tracę rachubę i zainteresowanie, a po kilkunastu minutach dojeżdżamy na dworzec. Płacę taksówkarzowi, któremu na samym początku kursu pokazałem swój bilet na pociąg, żeby nie było nieporozumienia na który dworzec ma mnie zawieść. Mam nadzieję, że doczytał te ich krzaczki prawidłowo i jesteśmy pod właściwym.

moja poczekalnia
Wchodzę do budynku dworca, gdzie zostają zeskanowane moje bagaże i przechodzę przez bramkę z wykrywaczem metali. Jest właściwie niemal jak na lotniskach. Na głównej zatłoczonej sali, z tablicy orientuje się do której poczekalni mam iść. 2 perony mają swoją jedną poczekalnię i tam trzeba się udać w oczekiwaniu na swój pociąg. Dopytuję jeszcze dla pewności policjanta, któremu podtykam pod nos swój bilet w formie małego, niebieskiego kartonika, czy to na pewno ta właściwa. Potakuje głową, więc wchodzę dziarsko na salę i rozsiadam się na jednej z długich ławek. Mam godzinę do odjazdu. Wszystko odbyło się bardzo szybko i sprawnie, więc godzinę trzeba poczekać. Chodzę trochę po stoiskach spożywczych, odwiedzam jeszcze pekiński, dworcowy sraczyk i znowu siedzę na ławce. Dwadzieścia minut przed odjazdem pociągu tablice świetlne wzywają pasażerów do bramek. Pasażerowie ustawiają się w kilka kolejek i pojedynczo wchodzą wkładając swój imienny bilet do czytnika. Wchodzimy na peron i od razu do pociągu, który już stoi podstawiony. Na peronach tu się nie czeka, takie są zasady. Nasza ,,Luxtorpeda”, oznaczona jest symbolem G, czyli pojadę najszybszym i najwygodniejszym pociągiem w Chinach. Numer miejsca mam napisany na bilecie, ale nie trzeba być biegłym ani w chińskim, ani w angielskim - konduktorka wskaże. Cieszę się, bo moje miejsce jest przy oknie, więc obejrzę sobie kawał Chin przez szybę pociągu. Bilet kosztował 914 juanów, co jest dość wysoką ceną, ale wydaje mi się, że warto choć raz w życiu przejechać się takim cackiem. Lśni tu czystością, pachnie komfortem. Obok mnie usadawia się młody chłopak a na kolejnym fotelu, równie młoda Chinka. Natychmiast łapią za swoją elektronikę, a ja łapię… dobry nastrój. Wszystko to wydaje się skomplikowane na początku, a w rzeczywistości jest bardzo proste. Pociąg zapełnia się w około 80 procentach pasażerami i punktualnie o 7.30 rusza. Chciałoby się powiedzieć ospale i ociężale, jak w bajce Tuwima, ale nic z tych rzeczy. Po kilku sekundach jedzie stówą, po kilku następnych 200, a zgadnij drogi czytelniku, ile jedzie po kilku następnych sekundach? Prawidłową odpowiedź podam za kilka zdań.
    Odległość z Pekinu do Nanning to ponad 2000 kilometrów w linii prostej, odległość kolejowa, nie jest mi znana. Wiem, że zobaczę dziś Chiny na wielkim obszarze, różne strefy klimatyczne, tereny nizinne jak i górskie, całą różnorodność krajobrazów. Z metą w tropikach. Cieszę się na ten dzień. Wielce.
    Podaję odpowiedź na postawione wyżej pytanie. Jedziemy 200 km na godzinę. Jesteśmy wszak ciągle w Pekinie, więc obowiązuje ograniczenie prędkości J Turlamy się tak jakiś czas. Ogrom Pekinu zdumiewa mnie. Podoba mi się, ale nie chciałbym w nim mieszkać, jak zresztą w żadnym z wielkich miast. Duszę mam wieśniaka, ot co. Wielkie miasta - nie dla mnie.
    Sąsiad mój ogląda jakieś chińskie sitcomy na swoim elektroniczny gadżecie, który nie wiem nawet jak się nazywa. Połączenie laptopa i komórki, w każdym razie. Co chwilę zanosi się śmiechem. W pociągu jest mnóstwo monitorów, na których lecą bezgłośne (na szczęście) reklamy, których nikt tu nie ogląda. Ludzie drzemią, jedzą chińskie zupy z makaronem z wielkich plastikowych pojemników, albo robią to co mój sąsiad. Nie ma w Chinach, jak pisałem wcześniej, dostępu do google, youtube, facebooka. Myślę sobie, że nie jest to tylko problem chińczyków, którzy pewno mają jakieś swoje zmienniki, ale jest to, być może, sól w oku dla tych firm. Mieliby olbrzymi rynek zbytu, tu w tym grubo ponadmiliardowym, jeśli chodzi o populację, kraju.
    

Jesteśmy za miastem. Pociąg jedzie 300 km na godzinę. Nad drzwiami do wagonu jest duży wyświetlacz, który o tym informuje. Prędkości w ogóle się nie odczuwa. Pociąg jedzie cicho, widoki za oknem zmieniają się. Mijamy kilkusettysięczne miasta w których pociąg nie zatrzymuje. Śmieszne uczucie. Ponad miastami widać olbrzymie dźwigi rozorywające chmury. Rozwój miast zdumiewa. W mordę jeża, czy ja nie nadużywam słowa ,,zdumiewa” w kontekście Chin?  Ale ja naprawdę jestem wciąż w tym niezwykłym kraju zdziwiony. Jak dz… jakaś.
    Pogoda jest kiepska, mglisto i jakoś tak szaro. Potrafi się jednak zmienić co kilkanaście minut. Nic nadzwyczajnego, przez kilkanaście minut pociąg przejeżdża spory dystans, przyroda i ukształtowanie terenu zmieniają się. Z terenu płaskiego wjeżdżamy w pagórkowaty i już jest inna pogoda, czy ściślej mówiąc inny odcień szarości. Potem znowu niziny – jeszcze inna szarość.
     
fotel przede mną
   Mija ćwierć wieczności gdy zbliżamy się do Nanning. Za oknem bananowce, tropikalna roślinność i zupełnie inne Chiny. Czas na hasłowe i krótkie podsumowanie podróży. Pociąg jechał prędkością około 300 km na godzinę. Najczęściej 300 – 320. Co godzinę przez korytarz wagonu przechadzała się sprzątaczka zamiatająca na szufelkę niewidoczne paproszki. Nie było chrząkania, pierdzenia, bekania, z którego słyną chińczycy w miejscach publicznych. Poziom ,,elektronizacji” w społeczeństwie zadziwia. (O, znowu!) Zaskoczyła mnie za oknem mnogość drobnych, kilkuarowych pól, właściwie poletek. Spodziewałem się wielkich obszarów rolniczych z nowoczesnymi traktorami, a zobaczyłem niemal działeczki z pochylonymi nad motykami ludźmi. Pola ryżowe, no cóż – to trzeba samemu zobaczyć! Żadne zdjęcie zrobione z pędzącego pociągu nie odda tego klimatu. Zdumiewa ilość spożywanych zupek chińskich przez chińczyków. Zatrzymywaliśmy się czasem w jakichś dużych, kilkumilionowych miastach, których nazw nigdy nie słyszałem i można było na szybko wypalić pół papieroska. Wielu było korzystających z tego ,,przywileju”. Okolice miasta Guilin z krasowymi wzgórzami to bajka. Piękna bajka. Generalnie mówiąc, podróż tym chińskim pociągiem to wspaniała przygoda. To ciekawe, że po tylu tysiącach kilometrów przemierzonych pociągami nie mam ich jeszcze dość. Czy jeszcze pojadę pociągiem podczas tej podróży? Nie wiem. Jeszcze nie zdecydowałem do końca jak przemierzę Wietnam z Hanoi do Sajgonu. Pociąg czy samolot? Się zobaczy.
  
willa na prowincji

...tu w budowie

pola ryżowe

w takich miasteczkach pociąg nie staje...

...są za małe

pola ryżowe, cd

zachwycają mnie


magic fields

    Taksówka wiezie mnie po ulicach rozświetlonego neonami ,,miasteczka” Nanning. Szofer siedzi za kierownicą jakby w klatce z prętów, oddzielony od potencjalnych złoczyńców. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Kratkę jakaś, oddzielająca taksówkarza od pasażerów z tyłu, to tak. Ale tu jest również oddzielony od strony pasażera z przodu. Dziw jakiś, przecież Chiny są takie bezpieczne.
     Dojeżdżamy na miejsce. Hostel w którym będę nocować znajduje się na trzecim piętrze w kamienicy. Pokój dzielę z jakimś młodym Chińczykiem. Kosztuje tyle, że nawet nie wymieniam ceny. Nie warto, jest śmiesznie niska. Pierwszy raz będę dzielił z kimś pokój w hostelu podczas moich wypraw. Nie jestem jednak skrępowany, a Chińczyk jest naprawdę spoko. Nie mam czasu jednak zbyt długo z nim rozmawiać. Jestem głodny jak wilk, a tu nieopodal jest nocny targ. Niemal biegnę przez ulicę. Gorąco jak w ukropie. Witamy znowu w tropikach. Jaaak cuudnie! Kuurrrwa!
Tęsknię za kolejnym dniem. A młodość przychodzi chyba z wiekiem:)!










piątek, 28 sierpnia 2015

51. Wielki Mur Chiński

17.05.215
    

    
   Wierzę w siłę sprawczą marzeń. Nie dlatego, że tak zalecają mądrzy ludzie w jeszcze mądrzejszych książkach. Nie dlatego, że tak trzeba. Wierzę w siłę sprawczą marzeń, ponieważ wiele razy ta tajemnicza siła potrafiła mnie wyciągnąć z życiowych tarapatów i pozwoliła zrealizować jakieś marzenie. Nawet takie, które wydawało się początkowo nieosiągalne. Nigdy nie przestawałem marzyć. Nie przestałem marzyć nawet w tym okresie swojego życia gdy brakowało na ,,kieliszek chleba” i czasem zdarzyło się, że poszedłem spać głodny i… ciężko było z tego powodu zasnąć. Wiele rzeczy w życiu spieprzyłem. Przegrałem. Ale nigdy nie przestałem marzyć. I wierzyć w realizację tych marzeń. I stawiać sobie celów. Dzień za dniem, wieczór za wieczorem. Po kolei, po kolei, krok za krokiem. Marzenia o podróżach nie opuściły mnie nawet w najczarniejszych chwilach mojego żywota. A gdy były już jakieś pieniądze… to nie było czasu… albo siły. Nie można podpadać pod definicję głupoty, w którą to ja podpadłem. A jak ona brzmi? ,,Robić cały czas to samo i oczekiwać różnych rezultatów”. Wiele jest możliwości wyjścia z takiego impasu. Ja zrobiłem to co zrobiło jakieś 2 miliony rodaków, zamieniłem drugie śniadania na lunche. Nie jest to najlepsza metoda, ale ja taką zastosowałem. Zresztą, zawsze marzyłem żeby zobaczyć piękną, zasnutą tajemniczymi mgłami Norwegię… i zobaczyłem. I patrzę na nią do dziś.

  O Chinach jakoś specjalnie nie marzyłem nigdy, ale… zobaczyć chiński mur - to, jak najbardziej. Dziś nadejdzie ta chwila… jeśli nie zabłądzę. Wybieram się tam sam. Dorota ma jakieś zajęcia, dała mi na kartce wypisany plan jak dotrzeć do Badaling, miejsca gdzie najbliżej Pekinu można zobaczyć Wielki Mur Chiński, jeden z siedmiu nowych cudów świata. Zostaje jeszcze zaopatrzony przez Reinera w kartę telefoniczną z chińskim numerem na wszelki wypadek i kartę, która jest biletem na autobusy i metro w Pekinie. Po śniadaniu opuszczam gościnne mieszkanie.
    

widok z klatki w bloku, w którym mieszkam
 Najpierw jadę jednym autobusem miejskim, po czym przesiadam się na drugi. Jakoś udaje mi się nie pobłądzić, mimo, że w tym mieście jest ponad 900 linii autobusowych. Zresztą, czy można zabłądzić na włóczędze? W każdym razie, docieram do przystanku autobusowego Deshengmen, skąd odjeżdżają autobusy i busy do Badaling, jednego z najważniejszych miejsc turystycznych w Chinach. Jak pisałem, nie lubię za bardzo mocno obleganych miejsc turystycznych, ale w tym przypadku idę z samym sobą na kompromis. Zobaczymy jak na tym wyjdę. Dopada mnie naganiacz i za 400 juanów proponuje mi miejsce w busie do Badaling. Ignoruję go i idę do normalnego autobusu, który jest znacznie, znacznie tańszy. Nie wiem ile kosztuje bilet, ponieważ odbijam tylko kartę Reinera. Naganiacz ostrzegł mnie, że ten autobus jedzie 4 godziny. To wierutne kłamstwo, domyślam się. Po godzinie z małym haczykiem, jestem na miejscu. Niestety, jest pewien problem. Pogoda zmieniła się diametralnie. Już gdy dojeżdżaliśmy tu widziałem błyski i słyszałem grzmoty. Gdy wysiadam z autobusu z nieba lecą pierwsze krople deszczu. Kurka, nie miało kiedy padać? Od 1 - go maja nie widziałem zachmurzonego nieba. Polska, Rosja i Mongolia skąpane były w słońcu. Pekin do tej pory też. I teraz akurat musi zacząć padać? A ja w koszulce i krótkich spodenkach… nie dobrze. Ale idę twardo w kierunku muru. Wysiadłem chyba w złym miejscu, bo do przejścia mam szmat drogi. Idę wzdłuż szosy mijany przez pojedyncze samochody. W pewnym momencie ktoś otworzył w niebie kran. Salwuje się ucieczką pod niewysokie, ale gęste drzewo. Jest to sosna, znając życie, chińska. Tkwię tak w kucki jak zając w kapuście albo grzybiarz w lesie, co miał pecha i dostał biegunki. Ciekawe ile tu pokucam? Nie będę jednak tracił czasu bezproduktywnie. Teraz, gdy tak leje, opowiem trochę o tym murze.
  


Wielki Mur Chiński jest największą budowlą kiedykolwiek wzniesioną przez człowieka. Zaczątki muru powstawały kilka stuleci przed naszą erą, jednak znaną do dziś postać mur uzyskał dopiero za czasów dynastii Ming, w okolicach wieku XV , kiedy to prowadzono intensywną jego budowę w celu obrony przed ludami mongolskimi. Wznoszony w trudnym terenie, często na grzbietach gór ,,kosztował” setki tysięcy istnień ludzkich. Stąd mówi się o nim, że jest to najdłuższy cmentarz świata. Podczas ataków małych hord spełniał swoją rolę, natomiast podczas długich oblężeń większych sił okazywał się bezużyteczny. W okresie świetności jego długość liczyła ponad… km, jednak do dziś zachowało się około… km. Tutaj nie wpisuję liczb, ponieważ różne źródła podają różne dane na ten temat, często o dużej rozpiętości. Mur chiński to nie jest jedna ciągła linia fortyfikacji, ale wiele linii w różnych miejscach. Każda dynastia budowała go w zależności od sytuacji i potrzeb, a także, jak się wydaje, na pokaz swojej potęgi. Większość muru znajduje się w złym stanie, ale w niektórych miejscach władze Chin zrekonstruowały go i udostępniły go do użytkowania. Wielki Mur Chiński jest celem wizyt turystów z całego świata, a nawet odbywa się na nim maraton. Wbrew powszechnym opiniom, nie jest widoczny z księżyca, czy też z kosmosu. Wystarczy użyć trochę wyobraźni, żeby dojść do takiego stwierdzenia. W wielu jednak miejscach ,,internety” lansują inną teorię. Kłamstwo, nawet to wielokrotnie powtarzane… jest jednak kłamstwem. Wielki mur według mnie jest budowlą imponują i… bezsensowną. Powody jego bezsensowności są 2 i oba wymieniłem powyżej. Tak mi się wydaję dziś, patrząc z perspektywy człowieka żyjącego w XXI wieku.
    
Przestaje padać – opuszczam kryjówkę. Wychodzę znów na szosę i łapię okazję. Chińczyk podwozi mnie rozklekotanym busem towarowym jakieś 2 kilometry. Chce za to 20 juanów. Daję mu 10 i z uśmiechem wysiadam mówiąc, że więcej nie mam. Krzywdy nie ma.


Kręcę się w pobliżu muru. Deszcz na przemian, pada i nie pada. Grzmoty i błyski jednak nie ustają. Dobrze, że jest ciepło. Patrzę na mur wijący się pod górę. Widok to imponujący, chociaż czasem widoczność jest słaba. Całkowita długość muru, tu w Badaling, to prawie 5 kilometrów. Na murze znajduje się 19 strażnic. Wszystko zostało pięknie odrestaurowane w XX wieku. Mimo niepogody tłum jest wielki. Na parkingu stoi milion autobusów. No może ciut mniej. Dochodzę do wejścia na mur… i rezygnuje ze wspinaczki na niego. Nadciągają kolejne chmurzyska, ludzi kupa, a mur przecież widzę. Robię w tył zwrot i wracam do Pekinu. I tak to już ze mną jest. I to jest jedna z wielu zalet podróżowania samemu. Robisz to na co masz ochotę, nawet rzeczy dość kontrowersyjne, tak jak ja przed chwilą. Gdy idę, znowu zatrzymuje się jakieś auto i proponuje podwózkę. Korzystam z okazji. Przy wysiadaniu, gdy dziękuję chińskiej szoferce, pokazuje mi ona pocierając kciukiem prawej ręki o dwa inne palce, że ,,za dziękuję się nic nie kupuje”. Wyłuskuję z portfela 10 juanów.
   

 Wsiadam do autobusu powrotnego. Tłok jest niemiłosierny. Stoję tuż obok bileterki z chorągiewką, która nie wiedzieć czemu wystawia ją przez okno gdy zajeżdżamy na niektóre zatoczki przystankowe. Kierunkowskaz w autobusie się zepsuł, czy co? Fajne w podróżowaniu po Azji są stany zdziwienia, które dość często potrafią człowieka wziąć w swe władanie.
    Wieczorem znowu idziemy na kolacje do knajpy. Tym razem zabrali mnie moi gospodarze do dużej restauracji, typu hot pot. W środku lśni czystością, obsługa uwija się jak w ukropie. Jest niezbyt tłoczno. Stolik mamy zarezerwowany w jakby oddzielnym pomieszczeniu. Jest nas piątka. Dołącza do nas kolega Niemców. Hot pot, czyli gorący kociołek wygląda tu tak, że na środku dużego stołu jest  dwudzielne naczynie w którym są już gotowe zupki, a w zasadzie ich wywary, w których to będziemy gotowali według swojego uznanie różne składniki. Naczynie jest przedzielone przegródką, ponieważ jedna jest przeznaczona na ,,wsady” jarskie, a druga na wszelkie inne, również te mięsne. Na początek jednak bierzemy swoje miseczki i idziemy do głównej sali robić sobie sos. Na długim stole są wielkie misy z przyprawami, ziołami, owocami, orzechami i mnóstwo jakichś nie zawsze mi znanych dodatków. Podpatruję co biorą moi współbiesiadnicy, czasem się tym sugerując, a czasem nie. Przy misce ze świeżą kolendrą przystaję. Po chwili wahania, biorę dokładkę. Mieszam wszystko starannie sztućcem i sos gotowy. Wracamy do naszego stolika. Teraz do garnków wkładamy niespiesznie poszczególne składniki. W ,,moim” garnku najpierw ląduje cienko pokrojony boczek, w Doroty, tofu. Przed posiłkiem dali nam białe obrusiki na kolana, co mnie trochę rozbawia. Klapki, krótkie spodenki, podkoszulek i… elegancja – Francja. W kuflach pieni się piwo. Kelnerka w srebrnej misie przynosi coś białego i podaje mi to jako pierwszemu chwytając to szczypcami. Z tego czegoś unosi się para. Nie wiem co to jest i jak na złość, zaczyna ode mnie. Ale ja nie mam szczypiec, żeby to wziąć. Okazuje się, że są to wygotowane małe ręczniczki frotte do wytarcia rąk. Hmm. I gdzie to teraz położyć? Boczek szybko dochodzi w pikantnej zupie. Wszystko jest tu cienko pokrojone w plasterki, żeby niemal natychmiast po włożeniu było zdatne do wyjęcia. Rozmowy trwają, z kufli ubywa, do garnka lądują grzyby, mięska, tofu, warzywa, owoce morza. Podają miseczki z owocami. Siedzimy tak ze dwie godziny. Jedzenie w Chinach jest bardzo dobre i żal mi będzie jutro opuszczać Pekin. Ale może na południu Chin będzie równie ciekawie jeśli chodzi o kulinaria?



ostatnie fotki z Pekinu

środa, 19 sierpnia 2015

50. Piękin

16.05.2015
    


    Opuszczamy hutongi i udajemy się taksówką nad malownicze jezioro Qian Hai. To ulubione miejsce turystów i miejscowych w Pekinie. Stare hutongi zostały przebudowane i powstała okolica z cukierkowym klimatem. Sporo tu knajpek, klimatycznych kawiarni, motoriksz, galerii z rękodziełem. 
Tłok panuje tu niemiłosierny, ale miejsce mimo wszystko podoba mi się. Dołączył do nas Reiner i postanowiliśmy zjeść obiad. W jednej z bardzo wąskich uliczek znajduje się pizzeria do której się udajemy. Jest to ich ulubione miejsce ze względu na smaczną pizzę, którą tu serwują. Mieszkając kilka lat w Chinach można mieć czasem dość chińskiego jedzenia. Zamawiamy po dużym piwie i dwie sporych rozmiarów pizze. Przy stoliku obok siedzą 3 młode Chinki i jedzą swój wielki placek. Przyglądam im się ukradkiem co rusz i nie chodzi wcale o ich urodę. Dziewczyny robią sobie przy tej okazji chyba z 500 zdjęć. Biorą kęsa i uznają, że sytuacja na tyle się zmieniła, że warto to uwiecznić dla potomnych. Są zdjęcia grupowe, indywidualne, czasem angażowana jest do pomocy kelnerka. Zabawa na całe popołudnie.  Przy drugim stole, a w zasadzie dwóch złączonych siedzi… grupka Polaków. Przy naszym stoliku rozmowy toczą się po angielsku, więc  rodacy nie orientują się, że nie są tu jedynymi klientami znad Wisły. Nie są to turyści, wnioskuję z zachowania i wyglądu. Jest dwoje starszych ludzi, jedno kilkuletnie dziecko. Chcę do nich zagaić, ale Dorota radzi mi żebym dał sobie spokój. Mówi, że to chyba ludzie powiązani z polską ambasadą w Chinach. Daję sobie więc spokój, ale wzrok mój przykuwa atrakcyjna rodaczka i ciężko mi przestać co chwilę zerkać w jej kierunku. No, tak już ze mną jest. W każdym razie konsumujemy w dobrych nastrojach, niespiesznie. W końcu polskie towarzystwo płaci i zbiera się do wyjścia. Gdy znajdują się w pobliżu mówię ,,dzień dobry” po polsku. Reakcja ich zbija mnie z pantałyku. Spoglądają wszyscy na mnie lekceważąco z dużą dozą pogardy jaką panowie zwykli żywić dla plebsu. O w mordę, co za towarzystwo? Czegoś takiego się nie spodziewałem. Spoglądam na twarz dziewczyny, która tak mi się podobała. Widzę, że ma dziwny odcień twarzy, jakiś taki ziemisty. W ułamku sekundy zauważam, że to chyba kolor… gleby pszenno – buraczanej, z przewagą tej ostatniej. Na chwilę tracę dobry nastrój. Oj, jaki my naród?

Tracę na chwile dobry humor, ale po kilku chwilach wracam do normy. Po prostu, są ludzie i taborety i nie ma co się przejmować. Patrzę na posąg śmiejącego się Buddy, czyli Mi – lo znajdujący się przy wejściu do lokalu. Widziałem już je w kilku miejscach Azji. Zawsze przedstawiały postać nieprzyzwoicie grubą i ,,uchachaną”. Są popularne szczególnie w Chinach i Japonii. Posąg przedstawia postać Budai, żyjącego w dziesiątym wieku ekscentrycznego mnicha, który nauczał o Buddzie a ze swojego worka rozdawał biedocie prezenty. Śmiejący się Budda to symbol powodzenia, poczucia humoru i pomyślności. Jest patronem biznesmenów. Jeśli ma się go w domu lub w firmie, co jest częste u chińczyków, należy go głaskać po opasłym brzuchu. Podobno, ma to przynosić szczęście i dobrobyt.
     Po kilkunastu minutach wychodzimy z lokalu. Spacerujemy jeszcze chwilę nad brzegiem jeziorka, pokrytego dość gęsto małymi łódeczkami. Widzę urządzenia do gimnastyki ustawione na chodniku. Wszystkie są pozajmowane przez dbających o zdrowie tubylców. Jakiś starszy pan masuje swe mięśnie na specjalnym przyrządzie do tej czynności skonstruowanym. Ktoś łowi ryby, ktoś się opala, ktoś jedzie rikszą, ktoś je lody, ktoś czyta książkę na ławce, ktoś zajada szaszłyka na patyku, ktoś…              
 



    Zmieniamy miejsce.  Dołącza do nas Gabi i jedziemy na jakiś stadion piłkarski gdzie odbywały się od rana mecze niemieckich drużyn. Okazuje się, że w Pekinie jest tylu ,,Szwabów”, że potworzyły się tu drużyny piłkarskie. Mecze się już pokończyły, ceremonia dekoracji także, więc trwa biesiada. Leją się piwa z kijów, pieką na rożnach kiełbaski, są ciasta i inne smakołyki. To jest integracja! Tylko pozazdrościć Niemcom. Ze smutkiem przypominam sobie naszych ,,buraków” z pizzerii.
    

    Wieczorem, gdy już niebo nad Pekinem poczerniało wysiadamy po raz któryś już dziś z metra i docieramy do najważniejszych miejsc w Pekinie. Najpierw Plac Niebiańskiego Spokoju, czyli Tiananmen, największy plac na świecie. Tu w roku 1949 Mao Zedong proklamował powstanie Chińskiej Republiki Ludowej. Tu, w pobliżu tego placu, w roku 1989 przelało się morze studenckiej krwi wytoczonej z młodych ludzi przez armię, podczas tłumienia protestów. Tu, w pobliżu tego placu, 5 czerwca 1989 zrobiono jedno z najgłośniejszych zdjęć w historii świata, przedstawiającego Tank Mana, czyli Nieznanego Buntownika, gościa, który z siatkami z zakupami stanął naprzeciwko kolumny czołgów i je zatrzymał. https://www.youtube.com/watch?v=YeFzeNAHEhU. Tu, w pobliżu tego placu, 16 maja 2015 stoję i ja. Jakoś nie mam ochoty iść na sam plac. Na Bramie Niebiańskiego Pokoju wisi wielki portret Mao Zedonga. Nawet nie chce mi się stać koło niego. Brama jest bardzo ładnie oświetlona i stanowi wejście do Zakazanego Miasta, największej atrakcji Pekinu, a być może całych Chin. Co ja zrobię, że nie chce mi się go odwiedzać? Co z tego, że pełno tam pięknych, bogato zdobionych sal pałaców  i pałacyków. Mnie nie ciągnie w takie miejsca i już. Tym bardziej, że ludzi tam jak mrówek w mrowisku. Wolę ulice, targowiska, knajpki, osiedla, uliczną kuchnię. 
Wolę obserwować prawdziwe życie zwykłych ludzi, niż mury.  Nawet jeśli są na liście UNESCO. Co z tego - na mojej liście często ich nie ma. Idziemy dalej podziwiając wspaniale oświetlone gmachy i budowle aż docieramy w klimatyczne uliczki gdzie tłoczy się  ciżba ludzka. Mijamy otwarte w tamtym roku Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds. Chodzimy pośród straganików, knajpek, ulicznych sprzedawców i grajków. Mijamy słynną w Pekinie restaurację serwującą kaczki po pekińsku. Patrzę przez chwilę na proces 
wyciągania ich z pieca opalanego drewnem z drzew owocowych. W końcu lądujemy w jakimś pubie, gdzie jest sporo obcokrajowców. Na ścianie widniej napis: ,,Live is backpackig”. Wypijamy po dwa piwa do jakichś lekkich przekąsek i idziemy do metra. Jedziemy kilka minut jedną linią, przesiadamy się na drugą, potem taksówką do domu. Reiner znowu proponuje kieliszeczek whisky, a ja znowu nie odmawiam. Kładę się spać o 2 w nocy. Jutro spróbuję zobaczyć Wielki Mur Chiński.