Polecany post

104. Książka: Banany i cytrusy, czyli leć do Afryki

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 czerwca 2015

42. W Buriacji

10,11.05.2015

   
    
    Rano budzę się o godzinie 8.30 i robię sobie kawę, którą wypijam w łóżku. Na śniadanie puree ziemniaczane, które zabrałem z Polski w podróż Transsibem, a które jeszcze mi zostało w plecaku. Chwilę na tarasie cieszę się widokiem Bajkału, po czym idę się wymeldować w recepcji. Nikogo oprócz mnie w tym ośrodku nie ma, ale recepcja czynna jest całą dobę. Kobieta z domku w którym była wczoraj awantura krząta się po podwórku. Żegnamy się i idę już przez miasteczko w kierunku dworca. Mam dwa plecaki. Jeden duży na plecach a drugi mały z przodu. Okoliczne psy mocno się mną zainteresowały. Cóż to za komiczna, nieznana postać idzie przez ich teren? Jeśli chodzi o mój duży plecak, to jest to duży podniszczony plecak ze stelażem. Kiedyś, w latach 80 w Polsce, marzenie każdego wędrowca czy harcerza. Dziś już nikt z takimi się nie wozi. Pół roku temu, gdy byłem na lotnisku w Kuala Lumpur, facet który mnie odprawiał, aż wychylił się ze swojego fotela, aby go dokładniej obejrzeć. Powiedział mi, że już od 5 lat odprawia bagaże, a takiego jeszcze nie widział i, że szacun. No cóż, lubię czasem iść pod prąd.

    Czekam chwilę na peronie, a punktualnie o 06.00 rano czasu moskiewskiego (tu jest 11.00) wtacza się pociąg. Bilet kosztował mnie 888 rubli. Będę tym pociągiem jechał przez ponad 5 godzin. Wsiadam i zajmuje swoje miejsce. Mam numer 11. W pociągu jest, o dziwo (niech mi będzie wolno tak się wyrazić), mało ludzi. Niestety, szyby niemiłosiernie brudne. Szkoda, bo pociąg jedzie przez piękne tereny i mam założenie takie, aby przejechać tę trasę z nosem przy szybie. Znowu pękają południki. Pociąg przez około połowy swojej trasy jedzie wzdłuż Bajkału. Widoki zapierają dech. Pogoda jest bajeczna. W pewnym momencie kończy się spokojna tafla jeziora, a zaczyna obszar z pływającymi resztkami kry lodowej.
To wiatry pospychały krę w te rejony. Taki widok mam po lewej stronie. A po prawej? Piękne lasy i niezwykle urocze góry. Szkoda, że szyby tak zapaskudzone. Pociąg jedzie, a ja w tym czasie opowiem krótko o jeziorze. Bajkał jest najstarszym i najgłębszym (1642 metry) jeziorem na świecie. Długość zbiornika to 636 km! W najszerszym miejscu ma 90 km. Szacuje się, że w tym zbiorniku znajduje się 20 procent wody pitnej na świecie. Zasila go aż 336 rzek. Ma niezwykłą przejrzystość wody wynoszącą ok. 40 metrów. Zimą jezioro skute jest grubą warstwą lodu, po którym poruszają się samochody, nawet ciężarowe. W jeziorze występuje wielkie bogactwo świata flory i fauny. Wiele gatunków jest endemicznych (występujących tylko w tym jeziorze), na przykład foka bajkalska czy ryba, która ma tu wielkie znaczenie gospodarcze, omul bajkalski. Z jeziorem związanych jest wiele ciekawych legend, ale nie będę ich tu przepisywał z Internetu.
     
   Z letargu, z zapatrzenia w krajobrazy wyrywa mnie babuszka, która chodzi po pociągu i sprzedaje właśnie omule. Bez wahania kupuję 2 i od razy jem. Smak wspaniały. W końcu jakieś wypatroszone ryby. Najadam się do syta skarbem syberyjskiego morza. Jesteśmy w Buriacji. Piszę jesteśmy, bo przecież czytelnik/niczka jest tu ze mną (skoro to czyta). A co to takiego ta Buriacja? To górzysty kraj wchodzący w skład Federacji Rosyjskiej. Rozpościera się na obszarze pomiędzy Bajkałem a Górami Jabłonowymi. Zamieszkały głównie przez Rosjan i Buriatów. Buriaci to naród mongolski, więc łatwo ich odróżnić od Kacapów. Naprzeciwko mnie siedzi właśnie Buriatka i umawia się przez telefon ze swoją córką, żeby ta ją odebrała z dworca. 
   Jak pisałem widoki są piękne, ale w tej beczce miodu jest szczypta dziegciu. W zasadzie cała chochla dziegciu. Tym dziegciem są śmieci. Jest pierwsza połowa maja, więc roślinność i listowie nie jest tak bujne, żeby ten cały bajzel zasłonić. W lasach, przy drogach, nad pięknymi rzekami leżą sterty śmieci. Ot, ktoś wywiózł przyczepą kupę domowych śmieci i wysypał gdzie popadło. Moja dusza leśnika cierpi, gdy oczy widzą takie obrazki. Cierpi bardzo. Śmieci potrafią popsuć nawet najpiękniejszy krajobraz. Jak to dobrze, że u nas w Polsce powoli kończy się takie barbarzyństwo. Nie mniejsze rozczarowanie gdy przejeżdżamy przez buriackie wioski. Śmieci, śmieci, śmieci. Chyba maj nie jest najlepszym miesiącem na podróż w te rejony. Zimą jest śnieg, zasłania to wysypisko, latem, gdy roślinność jest bujniejsza, może też nie kłuje to w oczy, ale teraz jest makabra. Taki oto obrazek. Małe podwórko, szczelnie ogrodzone płotem. Pośrodku podwórka stoi chatka. Obok chatki jest przygotowywany ogródek warzywny. A za tym płotem? Puste butelki wyrzucane są wprost za płot, ale nie na jakąś stertę, tylko gdzie popadnie. Jakby się ktoś bawił tym procederem. Raz rzucił butelkę 5 metrów od ogrodzenia, raz 20 metrów. W słońcu lśnią butelki aż oczy pieką. Buriacja, a może BURAKcja? Myślę, że jednym z wykładników rozwoju społeczeństwa cywilizowanego jest stosunek ludzi do śmieci i szacunek do natury. Gdy ktoś jedzie samochodem przez Polskę i staje gdzieś w lesie, żeby posprzątać auto, czyli powyrzucać śmieci, to nóż mi się w kieszeni otwiera. LUDZIE, NIE ŚMIEĆCIE W LASACH! Kiedyś zobaczę taki obrazek, nóż mi się otworzy ….. i mi obetnie. Ale dość już o śmieciach. Pociąg zbliża się do Ułan Ude. Tu wysiadam. 
   
     Kręcę się w okolicach dworca i nie wiem w którą stronę iść. Mam spisaną jakąś nazwę hostelu, którą znalazłem w Internecie wcześniej, ale gdzie to może być? Pytam kilku przechodniów, ale nikt nie wie. W końcu poddaje się i idę do taksówkarza. Też ma problem, bo nie wie gdzie to jest, ale w końcu wyszukuje w smartfonie i jedziemy. Jest z Uzbekistanu i gęba mu się nie zamyka. Nadaje jak katarynka, ale jest sympatyczny. W końcu dojeżdżamy na miejsce. Nikt nie wiedział gdzie to jest, ponieważ nazwa jest trochę inna niż była podana w sieci. Płacę kierowcy w sumie niewiele, bo jechaliśmy niedługi dystans. ,,Hostel House” znajduje się na drugim piętrze w dwupiętrowym budynku. W sumie, to centrum miasta. Pani właścicielka pyta czy chcę łóżko w pokoju sześcioosobowym czy w ośmioosobowym? Ten pierwszy jest o 50 rubli droższy. I na ten się decyduję. Niepotrzebnie. Okazuję się, że nikogo nie ma i nie będzie tej nocy w całym hostelu. Płacę kartą 550 rubli. Po ogarnięciu się idę na spacer. Ułan Ude jest stolicą Buriacji. Mieszka tu ponad 400 tysięcy ludzi, jest to 3 co do wielkości miasto wschodniej Syberii.
Mam szczęście, ponieważ zaraz przy budynku mogę spełnić swoje kolejne marzenie. Na jednoosiowej przyczepce leży wielka, drewniana beczka z kwasem chlebowym. Sympatyczna pani nalewa mi w plastikowy kubeczek płyn, który z pewną dozą nieśmiałości opróżniam. No cóż, rację miał Edward Stachura chwaląc ten napój. Jest smaczny i skutecznie gasi pragnienie. Wymieniam kilka zdań z panią, która nie dowierza mi, że właśnie straciłem kwasowe dziewictwo. Idę zwiedzać. Jest dziś niedziela, więc sporo ludzi spaceruje po mieście. Zachodzę na główny plac miasta. Tu ciekawostka. Na placu tym znajduje się pomnik Lenina. Największa na świecie głowa tego typa. Ponad 7 metrów wysokości ma sam łeb, nie licząc cokołu. Pomnik wykonany został z brązu i waży 42 tony. Podobno stąd jutro rano odjeżdża autobus do Ułan Bator w Mongolii. I to jest mój cel na jutro. Opuścić Rosję. Wracam do hotelu i próbuję dowiedzieć się więcej o tym autobusie. Podobno bilety schodzą na kilka dni przed odjazdem autobusu. Pani w hotelu mówi mi, że mam małe szanse. Radzi mi jechać do granicy z Mongolią lokalną marszrutką i od granicy kombinować dalej. Podobno, można tę trasę zrobić w jeden dzień. Co, ja nie wejdę do autobusu? Się zobaczy. Wieczór spędzam w hostelu. Nie chce mi się chodzić wieczorem po mieście. Schodzę tylko na dół do sklepu spożywczego zakupić trochę prowiantu i dość wcześniej (ok. 23) idę spać.
    Rano wstaję wcześniej i ruszam w miasto okutany w plecaki. Idę pod głowę Lenina, ale żadnego autobusu nie widzę. Sporo ludzi na przystanku, ale nie widzę żadnych autobusów miejskich. Ich rolę przejęły tu liczne busiki. Pytam kogoś o autobus do Ułan Bator. Ten ktoś radzi mi abym pojechał na dworzec autobusowy. Dowiaduję się o numer busika, czekam chwilę i już wiszę przy drzwiach schylony w niemiłosiernie zatłoczonym busie. Na szczęście to tylko 3 przystanki. Płacę kierowcy jakieś grosze przy wysiadaniu i nawet chyba nie zrobiłem trzech kroków, gdy widzę mój autobus. Pędzę do kierowcy, pytam o wolne miejsca. Są. Do kasy szybciutko i mam upragniony, wypisany ręcznie bilet. Jestem lżejszy o 1500 rubli. Do przejechania mam ponad 400 kilometrów. Pękały południki, teraz będą pękać równoleżniki. Od tej pory będę jechał na południe. Ku tropikom.
     Gdy autobus firmy Wostok Trans wyjeżdża za miasto, gdy mijamy rzekę Selengę, krajobraz coraz bardziej się zmienia. Można powiedzieć, że stepowieje. Coraz mniej tajgi, coraz więcej piachów. Siedzę na ostatnim siedzeniu z jakimś Buriatem albo Mongołem, odróżnić nie sposób. W końcu opuszczę dzisiaj Rosję. Oglądam zmieniające się widoczki za oknem i rozmyślam o tym co mnie spotkało na terenie Federacji Rosyjskiej. Nadszedł czas wstępnych podsumowań. Mówi się, że Rosja to nie kraj, że to raczej stan umysłu. Pewno coś w tym jest, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że wiele rzeczy mi się tu podobało. Nadal polecam i będę polecać każdemu kolej transsyberyjską, jeśli ktoś miał taką chęć lub takie marzenie. Ja miałem po prostu pecha. Większość ludzi przecież przejeżdża tę trasę bez żadnego szwanku. Mało tego, większość ludzi jest zadowolona. Ale na iluś tam ludzi podróżujących ktoś musi mieć pecha. Albo go okradną, albo pobiją, albo jeszcze gorzej. Ale to dotyczy się nie tylko podróży, bo przecież w życiu codziennym też mogą zdarzyć się złe rzeczy. Na ileś tam osób czasem komuś przytrafi się zła dola. Czyż w domach ludzie nie umierają? Czyż nie giną w drodze do pracy albo na zakupy? Czyż nie płacą mandatów? No, ale dość tej chwilozofii. Trzeba powiedzieć jasno i wyraźnie. Chociaż w Rosji mnie ogołocili, to wzbogaciła mnie ona jak żaden inny z odwiedzonych przeze mnie krajów. Przede wszystkim przeżyłem najgroźniejsze chwile w swoim życiu i znam swoje reakcje na nie. Co zaś tyczy się pawia, którego z siebie wypuściłem na głowę Kacapa z bezpieki, to faktycznie było to (mówiąc delikatnie) dziwne zdarzenie. Nigdy bym siebie nie podejrzewał o coś takiego. Nie krytykujcie mnie jednak. Nikt nie wie jak się zachowa w krytycznej i niebezpiecznej sytuacji i jak odreaguje. A krytykować, potępiać i pouczać potrafi każdy głupiec. I większość z nich to robi. 
Góry Chamar - Daban






niedziela, 7 czerwca 2015

41. Nad Bajkałem

09.05.05
   


     Słudianka jest niewielkim miasteczkiem leżącym przy południowym brzegu Bajkału. Liczy niecałe 20 tysięcy mieszkańców i jest znana z licznych minerałów występujących w okolicy.

    Dworzec kolejowy w Słudiance robi wrażenie. W całości wykonany jest z marmurowych bloków. Podobno to jedyny tego typu dworzec na świecie. Wysiadam na peron, słońce świeci pięknie. Cudowny dzionek. Jest godzina 11 czasu lokalnego. Różnica czasu z Polską to 7 godzin a z Moskwą 5 godzin. Tak na marginesie, pociągi dalekobieżne poruszają się w Rosji zawsze według czasu moskiewskiego. Wysiadam z pociągu i idę na wiadukt, żeby dostać się do miasta. Najpierw trzeba mi poszukać noclegu. Zaczepia mnie taksówkarz, proponując swoje usługi. Zwykle nie korzystam z dworcowych taksiarzy, tym razem jednak przyjmuję propozycję. Rosja już mnie i tak trochę ogołociła z forsy, więc te parę setek rubli nie robi mi różnicy. Przez miasto idzie akurat pochód. Dziś wielki rosyjski dzień, 70 rocznica Dnia Zwycięstwa, ruch w mieście jest więc utrudniony. Jedziemy na koniec miasteczka, gdzie wg zapewnień taksówkarza jest najtańszy nocleg. Po drodze oglądam miasto. Na niewielkim trawniczku przy blokach, wśród zaparkowanych samochodów pasą się 2 wychudzone po zimie krowy. Przyznam szczerze, że wygląda to dość egzotycznie.
Piękne drewniane domki z kolorowymi okiennicami dodają uroku miejscowości, komunistyczne bloki szpecą obraz. Kierowca opowiada o mieście. Co ciekawe, kierownica w tym aucie jest po drugiej stronie niż normalnie. Tak jest prawie we wszystkich autach na wschodzie Syberii. Import z jeszcze ,,dalszego” wschodu. Docieramy na miejsce. Nocleg jest tani, bo pani chce 500 rubli. Szkopuł w tym, że nie działa Internet ze względu na okalające teren góry. No i do brzegu Bajkału daleko. Rezygnuję więc. Każę się zawieść na drugi koniec miasteczka, możliwie blisko jeziora. Jedziemy zatem, pośród odświętnie odzianych ludzi dumnie kroczących po ulicach i chodnikach. Daje się wyczuć w mieście podniosłą atmosferę wielkiego święta. Sklepy pozamykane, oprócz tych spożywczych. Wiadomo, naród jeść i pić musi. Szczególnie pić. Ale o tym później. Jedziemy jeszcze raz na dworzec, gdzie kupuję bilet na jutro do Ułan Ude. Miałem zostać nad syberyjskim morzem dłużej, ale odechciało mi się Rosji. Chcę jak najszybciej i bezpiecznie opuścić ten niegościnny dla mnie kraj, a raczej jego służby ,,porządkowe”. Docieramy nad samiutki brzeg Bajkału. Jest dom wypoczynkowy, gdzie wynajmuję pokój. W ośrodku tym nikogo oprócz mnie nie będzie. Sezon turystyczny jeszcze się tu nie zaczął. Płacę 1000 rubli (ok. 70 zł) i idę do drewnianego domku z tarasem. Wcześniej płacę taksówkarzowi 400 rubli. Pokój jest czysty, miły, łazienka, telewizor. No i mam taras z widokiem na Bajkał. Do tak fascynującego mnie od zawsze jeziora jestem zaledwie kilkadziesiąt kroków. Rozpakowuję się, dokładnie przeglądając wszystkie rzeczy. Już pisałem o tym, ale ograbili mnie policjanci z m.in. ze scyzoryka i wszystkich majtek! Biorę w końcu kąpiel. Oglądam siniaki i liczne zadrapania na ciele. Ramiona mam (w tych miejscach gdzie niektórzy mają bicepsy) całe sine, żeby nie powiedzieć czarne. Młodziaki z policji mają silne uściski, przyznaję z niechęcią w myślach. Robię przepierkę i idę w końcu przywitać się z jeziorem. Nad brzegiem trwa mała biesiadka.
Stoi stare krzesło, rozwalający się fotel i niezamieszkała buda dla psa. Na tych ustrojstwach siedzą 2 kobiety i starszy mężczyzna. W koło nich biega ujadający kundel. Trwa konsumpcja wina marki wino. Piją z jednego kubeczka po kolei. Witam się z nimi i zaczynamy rozmowę. Opowiadam skąd jestem, dokąd jadę i tego typu konwersację prowadzimy. Odnoszą się do mnie z wielką serdecznością. Proponują kubeczek eliksiru. Odmawiam grzecznie. Opowiadają o swoim wielkim święcie i mówią, że teraz mają kolejną wojnę. Ukraina na nich napadła! Kurczę, idę nad wodę, nie mogę słuchać aż takich bredni. Ręce opadają jak są zmanipulowani przez rządzących. W końcu zanurzam z przejęciem rękę w ,,Błękitnym Oku Syberii”. Czuję się świetnie, jak zawsze gdy spełniam jakieś podróżnicze marzenie.
Woda jest zimna. Bardzo zimna. Widok cudowny. Nad jeziorem pięknie prezentują się ośnieżone góry Chamar – Daban. Rozkoszuję się chwilą i spokojem. W końcu, problemy i stres pozostały za mną. Po kontemplacji czas na konsumpcję. Mam przemożną ochotę zjeść rybę z tego jeziora. Idę do maleńkiego sklepiku położonego nieopodal. Skromny wystrój i asortyment, żeby nie powiedzieć, bida tu aż piszczy. Wybieram małe wędzone rybki, chyba szprotki. Nie z tego jeziora, ale co tam. Pieczywo, piwo, batonik, chwileczka rozmowy z zaciekawioną dziewczyną za ladą. Mija chwila i już siedzę na tarasie. Rybki smakują wybornie, choć uwędzone są z flakami. Ale co tam. Piwko wspaniale pieści przełyk.
To mój obiad. Ach jak miło żyć. Nie mogę nasycić oczu pięknem jeziora i gór. W końcu jednak czas iść w miasto. Przechodzę znowu przez wiadukt i kieruję się do głównej części miasta. Na scenie trwają występy zespołów tanecznych. Gawiedź się bawi. Robię kilkadziesiąt fotografii, jakiś filmik i idę dalej, choć występy są dość ciekawe, szczególnie spektakularnie wyglądają kazaczoki.





   Idę ulicą, wchodzę do jakiejś klatki schodowej w obskurnym, poradzieckim bloku. Idę bez celu na drugie piętro. Któż by nie chciał zobaczyć jak wygląda klatka schodowa w bloku na dalekiej Syberii? Zapach jaki mnie tu otacza przypomina mi wczesne dzieciństwo. Jest taki sam. W zasadzie to nie zapach, to odorek. Wychodzę z klatki. W jednym oknie widzę faceta, który myje okno! A to dysydent. W takie święto? Odważna postawa. Nie chcę robić mu zdjęcia, żeby się nie przestraszył, że jestem jakimś tajniakiem. Trochę tu obskurnie w blokowiskach, idę więc w tę część miasta, gdzie stoją domki jednorodzinne. Niektóre wyglądają nawet ładnie. Kolorowe okiennice pięknie zdobią drewniane domy. Płoty, albo ładnie pomalowane, albo chylące się ku upadkowi. Gdzieniegdzie szczekają psy. Dochodzę w pobliże jakiegoś sklepu, do którego wchodzą zawiane Rosjanki uzupełnić świąteczne zapasy. Można się domyśleć co będzie głównym produktem, który kupią.
Robię im zdjęcie. Przystają jak wryte. Nie spodziewały się, że ktoś się nimi zainteresuje. Nawiązujemy rozmowę. Mówię, że przyjechałem z Norwegii (nie skłamałem przecież). Są bardzo ciekawe jak mi się tu podoba, gdzie się zatrzymałem i czy długo tu zabawię. Mam obawy, że jeszcze przyjdzie im ochota mnie odwiedzić z jakimś bełtem, więc kręcę i kluczę trochę, gdy pytają gdzie mam nocleg. Proszą mnie o adres internetowy, bo chciałyby ze mną korespondować. Nie daję go. Jedna z pań śmieje się cały czas a uśmiech jej zdobi garnitur złotych zębów. W końcu żegnamy się, ja idę w swoją stronę a panie w swoją, czyli wchodzą do sklepu. Wracam na główny plac, gdzie wciąż trwają pokazy tańca. Na jednej z ławek siedzi czterech dwudziestoparoletnich młodzieńców. Zaczepiają mnie tekstem typu: ,,E lala, bucik ci się rozwala”. Idę z aparatem na szyi, ubrany nieodświętnie, więc nie wyglądam na miejscowego. Podchodzę do nich. Pewno będzie draka, ale co mi tam. Gęby nie skażone myśleniem. O ludziach takich zwykło się mawiać, że gdyby nie owsiki, brak w nich byłoby życia wewnętrznego. Na wszelki wypadek, mówię łamanym rosyjskim (tylko taki znam), że jestem z Norwegii. Czort jeden wie, co w nich siedzi? Są na dużej bombie i raczej szukają zwady. Na wieść, że jestem obcokrajowcem z zachodniej Europy miny ich się zmieniają. Stają się mili i bardzo zaciekawieni. Pytają jak mi się podoba na Syberii i w ogóle w Słudiance. Sypię komplementami, więc ich twarze ozdabiają uśmiechy. Uśmiechy te wyglądają tak, że gdyby je zobaczył Chopin pewnikiem doznałby erekcji. Toż to istne fortepiany. Pianina jakieś. Ząb co drugi, trzeci w każdej buzi, resztę przestrzeni wypełniają czarne dziury. A tych buziek, aż 4. Gadamy jeszcze chwilę, a ich postawa jest coraz bardziej uniżona. Chcą jeszcze konwersować, ale wywijam się wymówką, że idę na kawę. Wchodzę do pobliskiej kawiarni. Piję średniej jakości kawę. Gdy wychodzę rzucam okiem na ,,śpiewające fortepiany”. Jeszcze siedzą na tej ławce. Jak święta, to święta. Chyba ich polubiłem. Idę poszwędać się jeszcze nad brzeg Bajkału.





  Wieczór spędzam w moim pensjonacie. Zrobiłem zaopatrzenie w sklepie w postaci piwa i ……ryb wędzonych. Tym razem kupiłem 2 większe sztuki. Nie wiem jak się nazywały, ale nie są z Bajkału. Problem z nimi taki, że też nie wypatroszone. Nie ma tu ludzi do pracy przy sprawianiu ryb, czy co? Wnętrzności powodują, że kolacja jest gorzka. W telewizorze, który włączyłem z ciekawości co też tam pokazują, lecą wstawki z różnych miast, gdzie odbywały się liczne w ludzi pochody. Później lecą programy o Ukrainie. Nie wczuwam się, bo szkoda mi czasu na oglądanie, ale przekaz tej stacji jest jednoznaczny. Czasem pada słowo: ,,Polska”. W kontekście wiadomym. Putinowska tuba pracuje w najlepsze, gdy idę na taras. Na terenie ośrodka, pośrodku stoi syberyjska chatka. Jakby z innej bajki.
Jest ode mnie jakieś 15 metrów. Bardzo mała, bidna, jednoizbowa. W chacie tej żyje na niewielkiej powierzchni trzypokoleniowa rodzina. Dziadek, małżeństwo i ich syn. Trudno wyczuć kto w tym domu rządzi. Może dziadek? Może pani domu? Może pan domu? Jedno jest pewne. W tym domu z pewnością częstym gościem jest alkohol. Nie inaczej jest i dziś. Z domu dobiegają mnie odgłosy karczemnej awantury. Dochodzi do przepychanek. Dziadek wychodzi, smutny, przygarbiony. Jest wielka, niemiła rozróba. W Wielkie Święto dzieje się mała tragedia. Lub odwrotnie. Może to alkohol jest gospodarzem w tym domu? A ludzie są tu tylko gośćmi? Putinowska tuba nadaje, awantura ucicha a ja słyszę w dali odgłosy muzyki. To nocny festyn. Oczywiście, nie idę tam zobaczyć. Widziałem przez cały dzień już dość pijanych Rosjan. Władza w Rosji dba o swoje interesy, wódki zabraknąć ludowi nie może. Jabłek może nie być, ale jabole być muszą. Późnym wieczorem odbywają się pokazy sztucznych ogni. Pięknie wygląda nocny Bajkał oświetlony racami.
 
  


sobota, 30 maja 2015

40. Samotny wilk, część 3

 4-8.05.05
  


   Eksplozja, tak bym określił pawia, który trafia mojego prześladowcę prosto w ucho. Rzygając, wydaję z siebie głośny ryk dla zwiększenia efektu. Ryczę jak bawół. Niestety, mój ogon nie odwraca się w moim kierunku, tylko pochyla się do przodu. Pas bezpieczeństwa robi jednak swoje. Część piwa i solianki zbełtana razem trafia za kołnierz. Z radością obserwuję większe kawałki z zupki na szyi delikwenta. Samochód hamuje gwałtownie, a ja resztki pawia wypluwam przez drzwi, gdy samochód w końcu staje. Ubek, czy jak mu tam, wyskakuje z auta klnąc jak szewc. A ja robię głupią minę i mówię, że chciałem powiedzieć, że źle się czuję, ale nie zdążyłem. A on mnie uspakaja, że nic się nie stało i żebym się nie przejmował. Kurde, czy on jest aż tak głupi? Wyciera się jak szalony, pół mordy zarzygane, klnie zamaszyście przy tym a ja chichocę w myślach. A masz za swoje, gnido. ,,Jedziemy na stacje, muszę się przebrać”, wydaje dyspozycję do kierowcy. Ruszamy, koleś patrzy na mnie ze współczuciem. Nie jest na mnie zły, staje się dla mnie milszy! Takiego absurdu nigdy w życiu nie zaznałem. Stajemy w końcu na stacji. Gość idzie się przebrać, ja myję zęby i się trochę ogarniam. Sprawdzam w końcu zawartość swojego portfela. ,,A to skurwiele, oskubali mnie... PRZEEEEECHUJE", zauważam z wściekłością. Ukradli 100 dolarów i ok. 2000 rubli. Po prostu, połowę tego co miałem w portfelu. Miałem szczęście, że nie zajrzeli na dno mojej kosmetyczki, gdzie trzymałem kilkaset zielonych na zaś. ,,Kurwa, jak ten popieprzony kraj funkcjonuje? To są gliniarze?”. Gdzie honor munduru, w klapie którego przypięta jest gieorgijewska wstążka, symbol Dnia Zwycięstwa? Gdzie? Teraz jeszcze o tym nie wiem, ale nad Bajkałem, stwierdzę, że ukradli mi jeszcze scyzoryk i … nie do wiary … wszystkie majtki. O, jakież to kur(w)iozum. Dowcipnisie za dychę. Popierdoleńcy. 
agent niewyraźny jakiś
     Jedziemy dalej. Leżę na tylnych siedzeniach samochodu zobojętniały i apatyczny. Gapię się w sufit pustym wzrokiem. Już dawno przestały mnie interesować widoki za oknem. Z głośników sączy się piosenka Maryli Rodowicz. ,,Kolorowe jarmarki” nie przynoszą ulgi. Żadnej. Stajemy na parkingu jakiejś stacji w jakimś mieście. Wychodzę rozprostować nogi. Robię kilka fotek moim współtowarzyszom podróży. Co ciekawe, chętnie głupole pozują. Tu okazuję się, że następuje zmiana samochodu. Podjeżdża inne auto, inny kierowca, ale z tą samą debilną muzyką w środku. Dudniące, głupawe, ruskie disco. Mój ,,opiekun” płaci gościowi jakieś pieniądze. Tamten kierowca odjeżdża. A my jedziemy dalej na wschód w odświeżonej kompanii. Nie gadam z nimi, nie chcę mi się. Ubek cały czas chleje piwo. Wypija butelkę lub dwie i śpi. I tak w kółko. Mnie się pyta czy nie chce mi się jeść lub pić. On stawia, mam się nie krępować. ,,Wóda, piwo, wsjo”. Na jakimś postoju zauważa, że mam bose stopy. Kupuje mi w sklepie skarpetki. Tak mija dzień w samochodzie. Wieczorem kolacja w przydrożnym, syberyjskim barze. Nie chce mi się jeść. Wypijam tylko kawę. Płacę swoimi. W kiblach dziury w podłodze zamiast klozetów. Azja w całej krasie. 
pierwsze auto
   Jedziemy dalej w syberyjską noc. To już druga noc w aucie. Głównie śpię, choć wyspany jestem za wszystkie czasy. A jednocześnie wykończony. W nocy łapiemy gumę. Nie pomagam kierowcy, nie chce mi się. Ubek śpi naprany, nawet nie ma świadomości, że jakaś guma. Czy o czymś śni? O wielkości Rosji? O dupach? A może jak w dowcipie, marzy o ogórku kiszonym? Nie mam pojęcia. O 04.00 nad ranem z letargu wybudza mnie trzask. Przednia szyba od strony pasażera mocno popękana. Musi, kamienie na drodze. Niestety, pełno ich tu. Około 6.00 widzę wielkie miasto. Jest widno. Jak się okazje, to Krasnojarsk. Do Irkucka jeszcze z 1000 km. Analizuję sytuację i każę się zawieść na dworzec kolejowy. Nie chcę dalej z nimi jechać. Ten kierowca nie wytrwa, jedzie już szmat drogi, jest wyraźnie zmęczony. Jedziemy pod dworzec. Moja nagła decyzja wszystkim sprawia ulgę. Ubek na chwiejnych nogach pomaga mi wyciągnąć plecak z bagażnika. Sprawdzam dokładnie, czy wszystko mam. Portfel, paszport. Jest. Stoimy chwilę milcząco. Czy odejść bez słowa? Czy strzelić ,,niedźwiadka” na pożegnanie? Czy strzelić w pysk? Czy podać rękę? Decyduję się podać głupolowi rękę. Wybaczam mu. Jest głupi i ma głupią pracę. Ot co. Wybaczanie pomaga najbardziej wybaczającemu. ,,Zmień robotę”, to ostatnie słowa, które mój ogon słyszy ode mnie. Idę w kierunku dworca. Samochód z wolna opuszcza parking. Słońce ciągnie swój różowy welon poranka po szybach budynków Krasnojarska.

   Dworzec w tym mieście robi wrażenie. To niemal pałac. Czysto, schludnie i elegancko. Skanowanie bagażu, przejście przez bramkę i już stoję w holu dworca, szukając na tablicy pociągu na wschód. Jest, do Chabarowska. Mam 6 godzin czasu do mojego ,,pajezda”. Kupuję bilet. Niestety, wolne są tylko górne łóżka. Moje dolne kojo pojechało puste pół doby temu. Pewno siedzi na nim Jewgienij Jeżow i się zastanawia co się ze mną stało. Biorę to górne, nie ma wyjścia. 1086 rubli, tyle muszę wyłuskać z portfela. Nie jest drogo, całe szczęście. Siedzę w poczekalni. Zdjęć nie robię, ogarnia mnie podróżnicza apatia. Nic mi się nie chce. Nigdy w samotnej podróży nie odczułem jeszcze samotności, tu odczuwam ją po tysiąckroć. W poczekalni ok. 50 osób. Stoi 5 gliniarzy, dwóch sokistów, jakiś dwóch z ochrany i jeszcze jacyś mundurowi pilnujący porządku. To się nie mieści w mojej głowie. Skąd i po co tylu funkcjonariuszy? A pewnikiem, jest tu jeszcze jakiś tajniak. Wchodzi jeszcze jeden policjant. Z pięknym owczarkiem niemieckim. Idą wzdłuż siedzących podróżnych. Psina obwąchuje wszystkich. Potem kosze na śmieci. Wychodzą na inną salę. Wszystkich funkcjonariuszy klapy przystrojone są gieorgijewskimi  lentoczkami, jutro Dzień Zwycięstwa. Niektórzy cywile też są przystrojeni w takowe. Przy ścianie w poczekalni stoi regał, na regale ciasno poukładane książki. Rosjanie podchodzą, wybierają i sobie czytają. Sporo ludzi czyta tu książki, to trzeba przyznać. Rosja dla mnie była wielką tajemnica. Teraz jest jeszcze większą. Ale ja już, raczej, nie będę próbował jej rozwikływać. Niepokoi tylko fakt, że jesteśmy sąsiadami tej wielkiej tajemnicy.  To niepokoi mnie bardzo, tu na dworcu w stolicy Krasnojarskiego Kraju, w środku przepastnej Syberii. 
z tego się pije herbatkę w Transsibie
    W pociągu zajmuje miejsce na górze, kawy nie robię, bo już nie mam. Za to mam herbatę od prowadnicy (konduktorki wagonu) w słynnej pociągowej, rosyjskiej szklance z uchwytem. Na dolnym łóżku starsza kobieta. Jedzie do Ułan Ude w Buriacji. Też tam chcę jechać po wizycie nad Bajkałem. Na sąsiednich łóżkach 2 piękne studentki. Prawdziwe krasawice. Jadą do Irkucka. Rosjanie częściej i więcej ze sobą rozmawiają niż Polacy. Przychodzi im to bez nijakiego trudu. Zagadują moje współtowarzyszki do mnie, ale mi się nie chce gadać. Z resztą, następuje dziwna rzecz, zapominam najprostszych słów rosyjskich. Jakby podświadomość chciała usunąć ten język z głowy. Kilkadziesiąt godzin powtórki z rosyjskiego przed wyjazdem, jak krew w piach. Wieczorem idę do pociągowej restauracji. Czysto, schludnie, tylko wkurzają Ruscy co siedzą przy stoliku bez koszulek. Wypijam 3 piwka, wrzucam coś na ząb wśród kilku podpitych jegomości. Nie nawiązuje rozmów, nie jest mi to dziś potrzebne.
Nazajutrz, 9 maja z okien pociągu rozpościera się widok Bajkału, syberyjskiego morza. Marzenie się spełniło. Kropelka optymizmu zaczyna krążyć w żyłach wraz z krwią. Łączy się z drugą kroplą i już dwie płyną. Potem te dwie łączą się z trzecią. Po chwili optymizm zaczyna krążyć w żyłach na całego. Nareszcie koniec rosyjskiego, gównianego koszmaru. Taką mam przynajmniej nadzieję. 
Bajkał

P.S. Historia, którą tu opisuje wydarzyła się naprawdę, choć wydawać się może, że jest wyssana z palca. Pominąłem w niej kilka najostrzejszych momentów, które jednak nie mają wpływu na odbiór absurdu, którego stałem się mimowolnym uczestnikiem a który chciałem nieudolnie przekazać w mojej opowieści. Przepraszam za przekleństwa, których użyłem, czasem nie da się inaczej. A siniaki już w większości zniknęły:).


sobota, 23 maja 2015

39. Samotny wilk, część 2

4-8.05.05
    

   
 
 Jestem za Uralem. Jestem znowu w Azji. Kolejny dzień w pociągu zaczynam kawą, poranną toaletą i oddaję się czytaniu książki. W południe jem obiad, czyli to co większość pasażerów Transsibu, zupkę chińską. Potem uskuteczniam drzemkę. Budzą mnie rozmowy. Słyszę dźwięki, które mówią mi, że trwa impreza. Otwieram oczy i widzę co następuje. Dwóch gości siedzi obok mnie i pije wódkę. Tuż obok siedzi całkiem ładna Rosjanka. Nie uczestniczy jednak w rozmowie i w spożywaniu. Wzdłuż korytarza milcząco siedzi dwóch gości. Na stoliku obok mojej głowy stoi słoik ogórków konserwowych i jakieś zakąski. Gdy tylko otwieram oczy zostaje zaproszony do wspólnej biesiady. Jewgienij Jeżow, bo tak się nazywa mój nowy rosyjski kolega, leje do szklanki odrobinę wódki i podaje mi do picia. Oto Transsib, oto doświadczenie, którego chciałem zaznać w tym pociągu. Bez namysłu opróżniam szklanicę. Porcja mała, wódka ciepła, szału nie ma. Ogórek wyjęty ręką Gienka (jak go nazywam) smakuje też średnio. Gadamy. Jewgienij na wieść, że jestem Polakiem aż klasnął w dłonie z radości. 10 lat jeździł tirami po Europie, w tym po Polsce. Dużo ciepłych rzeczy mówi o moim kraju do swojego młodszego towarzysza. Inni, w tym mój ogon, jak się później okaże, również to słyszą. Gienek jest już dobrze podpity. Następna kolejka pita z jednej szklanki po kolei, powoduje, że flaszka Jewgienija pustoszeje. Wyciągam swoją, polską wódę. Wyciągam również nasze kabanosy. Gienek chwali polską kiełbasę. Mówi, że w rosyjskiej to tylko papier toaletowy i zużyte prezerwatywy. Ja mu na to, że w naszej papier też jest, a na prezerwatywy zgody nie wyraża kler. Ani do kiełbasy, ani na kiełbaskę. Śmiech. Atmosfera jest miła. Zapraszamy do biesiady gościa, który siedzi wzdłuż przejścia. Pije z nami, zapija wódkę piwem puszkowym. Drugi, smutno wyglądający jegomość (mój ogon) odmawia. Rozmowy trwają. Gienio opowiada o sobie, że jest kierowcą samochodów ciężarowych w Irkucku, że do pracy ma 4000 km, że jeździ na 2 miesiące, potem wraca na swoją wieś . Potem,  zaczyna o polityce. ,,Putin to gieroj (bohater)”, mówi. Chcę prawie do rymu, po rosyjsku powiedzieć co myślę o tym, ale gryzę się w język. Nie chcę nikogo tu urażać. W zamian za to mówię zdanie takie, że powinniśmy uważać, co oglądamy w telewizji, ponieważ karmią nas propagandą i głupotami, a my powinniśmy używać własnej inteligencji, żeby odróżnić jedno od drugiego, czyli manipulację od prawdy. Taki jest sens mojej wypowiedzi. Nic więcej na ten temat nie mówię. Nie chcę. Jednak już jest za późno. Machina ruszyła, zaraz mnie z tego pociągu wyprowadzą. Gienek wali się na górne łóżko spać. ,,Mamy 3 dni wspólnego  podróżowania, będzie wesoło”, mówi. Ja się trochę pokładam, zastanawiając się czy czytać książkę, czy posłuchać muzyki. Ale oto Gienio znowu wstaje i nalewa ,,stakana”. Pociąg zwalnia, po czym zatrzymuje się na jakiejś  stacji. Teraz rzeczy dzieją się w okamgnieniu. 3 policjantów staje przed moimi oczyma. Dwóch z nich, bez pardonu bierze mnie za ramiona, mówiąc, że tu wysiadam. Trzeci zabiera moje bagaże. Ciągną mnie do wyjścia, ludzie patrzą zdumieni, Jewgienij wsuwa mi do kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę. Jest przerażony. Ja też. Na nic moje ostre i stanowcze odmowy. Wywlekają mnie jak psa na peron. Szarpię się. Kopniak pod kolano powoduje, że szczeniaki przewracają mnie, po czym kilka metrów jadę na kolanie. Za dwa, trzy dni wezmę kąpiel, wtedy się okaże, że mam całkiem zdarte kolano i kilka siniaków na nogach, teraz jednak nie czuję bólu. Co czuję? Wściekłość i strach. Nie wiem o co chodzi. Pytam się ich, ale oto już ląduję w suce. Słońce jeszcze wysoko na niebie. Kilku gapiów z zaciekawieniem odprowadza nas wzrokiem. Na szczęście, wszystkie moje rzeczy zabrali z pociągu, oprócz kawy w słoiczku i łyżeczki, ale o tym dowiem się za kilkadziesiąt godzin. Teraz jest ostra akcja. Wiozą mnie na posterunek, a ja panicznie boję się dwóch rzeczy. Że zaraz któremuś jebnę i mnie zastrzelą, albo, że mi wsuną do bagażu jakieś gówno, typu dragi, bombę, czy dziecięcą pornografię i spędzę na Syberii więcej czasu niż się spodziewałem. Czort ich jeden wie. Nie wiem o co chodzi. Trafiam na gliniarnię, żądam kontaktu z ambasadą, ale w odpowiedzi słyszę śmiech. Nie chce opisywać szczegółów przesłuchania, które trwa kilka godzin. Nie należy ta wizyta tutaj do miłych, mówiąc delikatnie. Spowiadam się z każdej wizy i pieczątki w paszporcie. Po co byłem w Laosie, a po co w Birmie? Dlaczego jestem w Rosji, dlaczego zamierzam jechać do Chin i Wietnamu? Oficjalny zarzut to picie alkoholu w pociągu!!! Wiem, że to nie prawda i prawdziwy powód aresztowania. Najgorsze jest, że zaraz nie wytrzymam i komuś tu wykurwię w ryja. A wtedy, marny mój los. Policyjna gówniarzeria wygląda jak zbiry i zachowuję się jak zbiry. Główny zbir zadając mi pytania zabawia się bronią przekładając ją z ręki do ręki. ,,Pojebat chacziu”, odpowiadam na pytanie po co mi Wietnam. Chcę rozładować ciężką atmosferę. Staram się działać racjonalnie, myśleć takoż, ale nie wiem kiedy nie wytrzymam. Myśli się czarne kłębią pod sufitem czaszki, jestem tu już chyba z 5 godzin. W myślach robię rozrachunek sumienia. Co w życiu osiągnąłem? Czy wszystko zrobiłem jak należy? Rachunek sumienia który robię, powoduje to, że kompletnie przestaje się bać. Przygotowany jestem na najgorsze. Wyzywam tych niedoruchańców od najgorszych, grożąc im skargą w ambasadzie i tego typu rzeczami. Oczywiście blefuje, z przykrością w myślach stwierdzam, że naszych włodarzy raczej nie zainteresuje jakiś rodak w Rosji. Staje się powoli jasne, że nic na mnie nie mają. Wytłumaczyłem się już z mojego zdania o telewizji i manipulacji. Skąd o tym wiedzieli!? ,,A o Nocnych Wilkach, co ich nie wpuściliście do Polski, słyszałeś?”, pytają. ,,A ty, Samotny Wilku bezkarnie sobie jeździsz po Rosji, haa?”. Od tej pory nazywają mnie Samotny Wilk.
mój ogon
    W końcu mówią mi, że to koniec i że zaraz przejmie mnie dwóch cywilów i pojadę z nimi. ,,Kurwa, po mnie”, ponura myśl znowu oplata moją głowę, ale po chwili aż wyskakuję z krzesła. Mój ogon z pociągu jest jednym z cywili, którzy mnie teraz przejmą. Patrzę mu w oczy, zaciskając pięści. Dwóch gliniarzy mnie trzyma. ,,Czekaj gnoju, ja cię załatwię”, mówię bez przekonania. W końcu ląduję w jakimś cywilnym samochodzie z moim ubekiem i młodym bezmózgiem, jako kierowcą. ,,Musimy wrócić na posterunek, zapomnieliście szpadla”, dworuję sobie z nich bezczelnie, gdy jedziemy tak przez miasto w nieznanym mi kierunku. ,,Nie będzie nam potrzebny”, odpowiadają z powagą. ,,Kurwa, wapno gaszone”, przechodzi mi przez myśl następna ponura myśl. Z głośników napierdala głośne, ruskie disco polo. Gdzie te chuje mnie wiozą? Wyskakiwać z auta w biegu? Jestem nie skuty. Jadę jednak i czekam co się stanie. Stajemy po kilku minutach jazdy przed jakimś hotelem. Tu robię numer, którego nie opiszę z powodu krępacji, ale który powoduje, że mój agent wykonuje telefon. Po chwili jedziemy dalej. ,,Dokąd?”, pytam. ,,Na wschód”, otrzymuje w odpowiedzi.
   Chyba się przestraszyli, że zrobię jakąś aferę i na moje żądanie wiozą mnie w kierunku Irkucka. A to jest ze 3 dni drogi. ,,Wyłącz tę gównianą muzykę, lepiej włącz Wysockiego, choć pewnie nie wiesz kto to taki”, mówię do kierowcy w pewnym momencie. Obrażam ich ile wlezie, ale po nich spływa to jak woda po kaczce. W końcu zasypiam kładąc się na tylnych siedzeniach wykończony emocjami. Mam przechlapane jak w ruskim czołgu, taka jest moja pierwsza myśl, gdy budzę się nad ranem. Popadam w apatię i w zobojętnienie. Nie mogę pojąć tego absurdu, w którym mimowolnie uczestniczę. W podróży jest jak w życiu, czasem ma się dołek, a czasem jest się na górce. Teraz jestem w podłym nastroju, jednak za kilkaset godzin, będę na drugim biegunie.
piękna dziennikarka
 Otóż w Pekinie przytrafi mi się zgoła inna przygoda. Kilkaset metrów od znicza olimpijskiego, przy Ptasim Gnieździe tłum wiwatował będzie na moją cześć. Pięknej dziennikarce udzielę wywiadu, po czym przez pół godziny będę rozdawał współczesne autografy, czyli będę pozował do selfie, które to setki pekińczyków zapragną ze mną mieć. Nobliwi staruszkowie będą mnie poklepywać po plecach, a ja będę tutejszą gwiazdą wieczoru. Długo będę stał uradowany z rękoma uniesionymi w górę w geście zwycięstwa. Teraz jednak o tym nie mam pojęcia. Teraz jest źle i czuję się jak zaszczuty pies. Stajemy przy jakiejś przydrożnej knajpce. W karcie dań widzę zupę soliankę, którą zamawiam.
solianka
 Smakuje dobrze, choć gdybym miał inny nastrój smakowałaby lepiej. Mój agent płaci. Zachęca mnie, żebym zamawiał co chcę, jedzenie, piwo, wódkę. On będzie płacił. Cóż za zmiana frontu, o co tu, kurwa, chodzi? Jedziemy dalej, a ja rozmyślam jak się ciulom odegrać. Wpadam na szatański pomysł. Prymitywny, co prawda, ale z takimi ludźmi mam tu do czynienia. Uderzyć nikogo nie mogę… ale. Proszę SB – eka, czy jak mu tam, o łyka piwa, które właśnie sobie pije a które bezskutecznie proponował mi wcześniej. Jest w litrowej, plastikowej butelce. Płyn jest ciepły i paskudny, jednak piję. Zapełniam żołądek. Zaraz mu je oddam w nieco zmienionej formie. Odczekuję chwilę aż się piwko zagrzeje i zmiesza w trzewiach z solianką. Przystawiam swą śmierdzionśną lufę, czyli swą jamę ustną w pobliże jego ucha. Odbezpieczam, czyli wycieram palce w spodnie. Zaraz padnie strzał, czytaj, moje palce wylądują  głęboko w gardle. Zaraz będzie draka.


środa, 20 maja 2015

38. Samotny wilk, część 1

4-8.05.15
    


    Te posty o Rosji będą zupełnie inne od poprzednich. Będą w nich przekleństwa, będzie strach o życie i wolność a w kulminacyjnym momencie narzygam celowo na twarz rosyjskiego ubeka, czy gnoja z innych służb specjalnych Rosji. Będę zastanawiał się nad faktem, czy moje życie zakończy się na ołowicę serca, czy dziurawicę czaszki. Będzie w tych sytuacjach tyle absurdu, że do dziś nie wiem właściwie o co chodzi w tym co mnie spotkało. Ta historia nie trzyma się ni kupy, ni dupy. Moja podróż lądem z Warszawy nad Morze Południowochińskie mogła zakończyć się na Syberii, tak mi się przynajmniej wydawało w pewnym momencie. Wielu marzy o podróży Koleją Transsyberyjską. Ja też o tym marzyłem. Mało tego, nadal wszystkim ją polecam. Ale może komuś się przyda opis przygód gościa, który miał po prostu pecha i mówiąc delikatnie, nie wszystko poszło OK.

    Ta historia zaczyna się tu, na Dworcu Jarosławskim w Moskwie o godzinie 23.30, 4 - ego maja, skąd o 0.40, czyli już 5 - ego maja wyruszy mój pociąg i zabierze mnie nad Bajkał do małego miasteczka, Słudianka. Jazda nim zajmie mi ponad pół tygodnia. Teraz tak myślę. Jeszcze nie jestem świadom, że nim, niestety tam nie dojadę. Tkwię w przyjemnym podnieceniu na peronie i cieszę się chwilą. Za mną okropna podróż z Warszawy do Moskwy, która kosztowała mnie sporo nerwów. Otóż, zamówiłem bilet z miesięcznym wyprzedzeniem na oba pociągi (Warszawa - Moskwa, Moskwa - Słudianka) na rosyjskojęzycznych stronach: rzd.ru. Wydrukowałem kwity i w okienku na dworcu w Warszawie Wschodniej kasjerka powiedziała mi, że druku tego nie wymienia się na żaden inny blankiet i że mój kwit jest właściwym biletem. W pociągu okazało się, że biletu tego mi nie uznają. 2 godziny rozmawiałem, w sumie w dość przyjaznej atmosferze z konduktorem wagonu sypialnego w którym miałem miejscówkę i z kierownikiem pociągu. Stanęło na tym, że zapłacę 60 złotych za przejazd przez Polskę, a potem w Brześciu na Białorusi wymienię bilet na bilet i będzie ok. Tam w kasie okazało się, że nic z tego. Nawet nie mogę kupić nowego biletu, bo system nie pokazuje wolnych miejsc. Wracam więc do pociągu, który ma półtorej godzinny postój na tej stacji (rozstaw szyn) i negocjuje z obsługą. Powiadają, że mnie nie wpuszczą. Mam kupić nowy bilet i koniec. Jeden z polskich konduktorów daje mi numer wagonu i przedziału w którym jest wolne łoże. Wracam do kasy. To samo. System pokazuje, że nie ma tam wolnego miejsca. Jutro będzie. Podnoszę lekko głos (łamanym rosyjskim), podchodzi dyżurny peronowy i wysłuchuje mojej historii. Idzie ze mną do białoruskiej, tym razem, kierowniczki pociągu. Gadają 10 minut i dostaję informacje, że nie wejdę. Jestem zdeterminowany i wiem, że w najgorszym wypadku, będę się do któregoś wagonu jakoś musiał wcisnąć. Nie mogę tu zostać ani dnia, bo mam już bilet z Moskwy nad Bajkał. W końcu Białorusini znajdują rozwiązanie. Ktoś mi kupi bilet w Mińsku i przyniesie mi do pociągu. Jeśli nie przyniosą, zostanę z pociągu usunięty. Ok, mamy deal. Siadam na stare miejsce, po czym po kilku godzinach jazdy, w Mińsku dostaję nowy bilet. Płacę 90 dolarów i jadę już do Moskwy w wagonach białoruskich. Na Dworcu Białoruskim w Moskwie, oczywiście odmawiają wypłaty pieniędzy za stary bilet. Ogólnie mówiąc, jechałem raz, zapłaciłem za 2. Nie nastroiło mnie to zbyt optymistycznie na resztę dnia w Moskwie, gdzie spędziłem kilkanaście godzin.



   Pojeździłem trochę metrem po Moskwie, widziałem to i owo. Teraz jednak mam to za sobą i stoję na peronie na Jarosławskim. Stoję i palę papieroska wśród kilku miejscowych żulików przy koszu do połowy wypełnionym petami. Wyjąłem aparat i chcę zrobić kilka fotek, gdy podchodzi do mnie dwóch policjantów, których z resztą tu całe rzesze, bo wkrótce jubileuszowy Dzień Pabiedy. Wzajemne ukłony, uśmiechy, „dzieńdoberki”… ale ,,dlaczego ja tu palę?”. ,,Noooo, myślałem, że tu można, sądząc po koszu i innych palących”. Zapraszają mnie na komisariat, wcześniej pokazując tabliczkę z zakazem palenia. Schodzimy po schodkach do podziemi. Mały kolejowy komisariat, w środku pięciu gliniarzy i klatka druciana o wymiarach 2 na 2 i wysokości 1,2 metra. Klatka jak dla psów, tyle że w niej kobieta wstydliwie zakrywająca swą pijaną i wykrzywioną cierpieniem twarz. Żal mi się jej zrobiło, ale podchodzę do stolika, gdzie siedzi główny zarządzający tym bajzlem. Przy mnie tłoczy się czterech innych kapiszonów. Sprawdzają paszport, zadają pytania, kontrolują portfel, choć tym ostatnim zajmuje się ich szef. Z troską w głosie mówi, żebym uważał na dolary (miałem ich tam 100), bo w pociągach różnie bywa. ,, A na ruble (mam kilka tysięcy) nie uważać?”, pytam zaczepnie. Głupie dyskusje trwają, więc je przerywam stwierdzeniem, żeby sobie wzięli ile chcą i dali mi spokój. Nieeee – oni tak nie mogą sami, sam mam im dać, po czym komendant wręcza mi portfel. Wyłuskuję z niego 1000 rubli (ok. 65 zł) i z pewnej wysokości upuszczam banknot na biurko. Nooo, to jestem wolny. Wychodzę z posterunku nieco rozbawiony sytuacją. Pech to pech, kiedy on się skończy? Po chwili tych dwóch gliniarzy co mnie złapali wychodzi z posterunku. Walą prosto do pobliskiego punktu gastronomicznego. Pewnikiem po kebaby jakieś. Mam nadzieję, że kupią coś tej biednej kobiecie w klatce. Nie pomyślałem, mogłem dać chujom 1300 rubli, ale zastrzec, żeby jej coś też kupili. Idę na koniec peronu, gdzie w kompletnych ciemnościach oddaje mocz i wypalam spokojnie papieroska. Dlaczego Putin nie chce zlikwidować tego powszechnego łapówkarstwa wśród tej policyjnej gówniarzerii? Po chwili idę w kierunku środka peronu, do światła. Za mną słyszę wolno wjeżdżającą lokomotywę ciągnącą kilkanaście wagonów. Pośród tych wagonów jest i mój. Nagrywam aparatem filmik.
    Pociąg zatrzymuję się, odnajduję swój wagon, po czym jestem sprawdzany przez konduktorkę wagonu, tak zwaną prowadnicę. To znaczy, sprawdzany jest mój bilet i paszport. Wszystko w porządku, więc wchodzę do pociągu i bez trudu odnajduję swoje miejsce. Mam bilet w plackarcie, czyli w takim wagonie bez przedziałów. Chciałem w takim wagonie, a nie w  4-osobowym cupe, bo cała filozofia tej przejażdżki Transsibem, to obserwowanie zachowania Rosjan. Życie pociągowe kieruje się tu swoistymi regułami, ma swoje rytuały, jest dość ciekawe i chciałem tego doświadczyć. Wagon składa się z kilku jakby 6 osobowych miejscówek, nie jest przedzielony żadnymi drzwiami, więc cała szóstka pasażerów widzi się nawzajem. Obok mnie zajmuje miejsce Irina, kobieta starsza ode mnie o parę lat, wykształcona i bardzo sympatyczna. Nade mną ośmioletni Wowka z zespołu tanecznego. Nad Iriną puste miejsce, a dwa łóżka wzdłuż przejścia zajmują kilkunastoletnie dziewuszki z tegoż zespołu co Wowka. Jest w sumie w moim wagonie kilkanaścioro dzieci-tancerzy. Są z różnych wiosek i małych miast na Uralu i teraz wracają z Moskwy z jakichś występów. Ścielimy wszyscy swoje łóżka a ja robię sobie jeszcze małą kawkę zalewając kubek wrzątkiem  z samowaru, który znajduje się w każdym wagonie. Dzieci szybko zasypiają wymęczone wielkim miastem, potem zasypia moja sąsiadka a koło 2 w nocy zasypiam i ja. Pierwsza noc w legendarnym Transsibie.
   Rano budzę się w świetnym nastroju. Patrzę przez okno na w sumie monotonny krajobraz. Ot lasy, lasy i lasy. Przeważają brzozy, sosny i świerki. Czasem jakaś zabłąkana wieś, czy pole. Pogoda piękna, świeci słońce. Jem zupkę chińską, dojadam resztę kanapek z Polski, kawkuję. Czytam książkę o historii Lady Pank, którą to dostałem od mojego przyjaciela, Andrzeja, którego odwiedziłem przed wyruszeniem w mą długą, lądową podróż. Ma to o tyle znaczenie w tej historii, że niedługo wykonam numer niczym Borysewicz na pewnym koncercie we Wrocławiu. Tego raczej tu nie opiszę, ale kilka osób z bliskiego otoczenia uraczę kiedyś tą opowieścią. Czasem słucham z mp3 po kilka rozdziałów z książki Grzesiuka: ,,Boso, ale w ostrogach”. To również będzie miało wpływ na moje późniejsze zachowanie. Szczególnie słowo, tak lubiane przez Grzesiuka, mianowicie - odegrać się. I tak upływa mi dzień w Transsibie. Rozmawiam z Iriną, z radością konstatując, że mój rosyjski poprawia się z każdą godziną. Irina jest proputinowska i antyukraińska. Nie wdaję się jednak w polityczne dyskusje, choć jednym z moich celów przejazdu przez ten wielki kraj, jest wsłuchanie się w nastroje polityczne pojedynczych Rosjan. Wygłupiam się trochę z Wowką i dzieciakami z grupy tanecznej. Prezentują mi swoje umiejętności  związane z robieniem szpagatu, a ja Im, czym doprowadzam Je do gromkiego śmiechu. Dzień mija przyjemnie, leniwie i wesoło. Nastrój mam świetny. Jutro zacznie się mój rosyjski koszmar. 

http://bananyicytrusy.blogspot.no/2015/05/samotny-wilk-czesc-2.html