Polecany post

104. Książka: Banany i cytrusy, czyli leć do Afryki

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rwanda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rwanda. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lutego 2017

88. Blaise Pascal i Strong Roots Foundation





    Nasi rwandyjscy gospodarze, Blaise Pascal i Epiphanie to ludzie nietuzinkowi, bogactwem tu nie śmierdzi, ale serca mają szczerozłote. I te ciągle śmiejące się twarze. Przy kolacji przyrządzonej wcześniej na ogniu na podwórku (kuchni w domu nie mają) gospodarz snuje swoją historię.



Blaise Pascal urodził się 11 czerwca 1985 roku na południu Rwandy w prowincji Huye (wym. huje), i można by powiedzieć żartobliwie, że jaka prowincja takie życie, ale jego historia śmieszna nie jest. W wieku gdy mały Pascal ma trzy lata, mama rozwodzi się z ojcem i odchodzi z domu z powodu straszliwej biedy. Malec zostaje z ojcem i dwoma strasznymi braćmi. Rok później, w wyniku ciężkiej choroby umiera mu ojciec i groźba śmierci głodowej poważnie zagląda w oczy trzech chłopców. Jego starsi bracia, mimo iż dzieci, poważnie biorą sobie do serca opiekę nad małym i niedożywionym Pascalem. Najstarszy, czternastoletni brat w roku 1991 znajduje pierwszą pracę. Zostaje rowerowym taksówkarzem. Rower jest wypożyczany, oczywiście, ale taka praca pozwala na posłanie Pascala do szkoły podstawowej. Edukacja pochłania praktycznie wszystkie pieniądze. Cała trójka strasznie głoduje, bywa, że Pascal mdleje z niedożywienia. W roku 1994 nadchodzą straszne czasy dla naszego bohatera. Podczas ludobójstwa traci braci, którzy zostają posiekani maczetami. Dziewięcioletni chłopiec zostaje sam, wkoło szaleje rzeź, zakrwawione maczety świszczą złowrogo w powietrzu. Ukrywa się nasz bidulek pod kartonami, w jakichś ruinach, a w nocy wychodzi na żer do śmietników. Edukacja zeszła już dawno na plan dalszy. Chłopiec czuje nadchodzącą śmierć. Czeka nawet na nią z utęsknieniem. Wkrótce złączy się z bliskimi i pozostanie z nimi na wieki. Ratuje go cud. Mimo, że Rwanda pogrążona jest w bestialstwie, Bóg dawno o niej zapomniał, ulicami leje się krew a wygłodniałe psy wyszarpują wnętrzności z trupów leżących gdzie popadnie, wydarza się cud. W tym świecie, gdzie fetor gnijących w upale zwłok wieszczy rychłą śmierć malca, z jakiegoś kubła na śmieci wyciąga go stara wdowa. Lituje się nad dzieckiem i przygarnia go do swojego domu. Blaise Pascal w ostatniej chwili zabiera swą malutką, czarną głowę z pniaka, nad którym wisiał katowski miecz niesprawiedliwości tego świata. Niechybnie by ją uciął gdyby nie litościwa kobieta, która po odkarmieniu chłopca, posyła go do szkoły. Lata mijają i w roku 2004 Pascal kończy szkołę średnią ze świetnym rezultatem. 
Phanie

 W tym momencie, jako dorosły już dziewiętnastolatek jedzie do Ugandy i uczy języka suahili. Jego paskudne dzieciństwo zakończyło się, ale nie kończy się jeszcze jego historia. Po kilku latach dochodzi do wniosku, że musi spłacić swój dług, potrzebujących dzieci w Rwandzie jest aż nadto. 11 czerwca 2013 (w swoje urodziny) zakłada organizację Strong Roots Foundation, mającą na celu pomoc sierotom i potrzebującym dzieciom. Zakłada małą szkołę, gdzie wolontariusze dają dzieciom to co dla nich najważniejsze, bezpieczeństwo i edukację. Dobro które kiedyś otrzymał od nieznajomej, starszej i biednej wdowy, która mimo, że nie miała wiele uratowała mu życie musi, według niego, iść dalej w świat. Pascal nie robi dziś kariery, ta nic dla niego nie znaczy. Tłumaczenia na różne języki pozwalają na jako takie życie. Cała jego energia skupia się na jego kochanych dzieciach. ,,Bóg pozwolił mi żyć i teraz patrzy co ja robię z tym życiem”, tak mówi Blaise Pascal, mocno wierzący katolik. Słuchamy tej historii z zapartym tchem, i mimo, że jest ona wyciskaczem łez, to dzięki temu, że Pascal jest ciągle uśmiechnięty, ba roześmiany, nie odczuwamy przygnębienia. Nasz gospodarz nie żywi żalu do świata, nie żywi żalu do nikogo, wprost przeciwnie, odczuwa wdzięczność.
    


Nazajutrz jedziemy do szkoły pod auspicjami Strong Roots Foundation. Trzeba przyznać, że szkółka jest położona w bardzo ubogiej dzielnicy. Ciężko znaleźć tu kawałek równego terenu, jest pagórkowato. Gdy tylko przekraczamy próg metalowej bramy, przez którą żeby przejść trzeba się pokłonić w pas, dzieci rzucają się w naszym kierunku. Ponieważ wchodzę jako pierwszy, największy atak rozwrzeszczana gawiedź przypuszcza na moje nogi. Niemal obalam się w błoto. Śmiechom, krzykom nie ma końca. Kilkoro smyków mocno przywiera mi do nóg i za nic nie chce odpuścić. A ja, jak to ja, podbródek wpada w rezonans, w krtani ściska, a do oczu napły… kurdemole, nie teraz. Pascal wybawia mnie z kłopotu, jedno słowo wystarczy, żeby dzieci odpuściły. Oglądamy szkołę, obejście, wygłupiamy się z dzieciakami. Obsługa pokazuje nam dziennik klasowy, zupełnie nie podobny do znanych nam w Europie. Każde dziecko ma swój dzienniczek, gdzie zapisuje się jego postępy. Jest on kolorowy i okrągły. Rozdajemy dzieciom podarki, A. sporo ich przywiozła z Polski. Dzieciarnia, nie rzuca się na nie, ale spokojnie, w ogonku, każdy czeka na swoją kolej.
  



   Pomimo widocznego ubóstwa, czuć unoszące się tu dobro. Spędzamy tu ponad godzinę, wśród tych 62 dzieciaczków. Jak zwykle zostawiam tu kawałek swojego serca. Niestety, miesiąc później, już w domu dowiem się, że jeden z chłopców nie żyje. Bawili się, łobuzowali i jeden nieborak spadł z drzewa i się zabił. Pascal powie: ,,Bóg widocznie tak chciał”. A ja powiem po ludzku: ,,Kurwa mać”.


   Ostatnio natomiast Pascal powiadomił mnie o problemie finansowym. To nic nowego dla niego, ciągle się z nimi zmaga. Teraz jednak chcą jego a raczej dzieciaki wyrugować z wynajmowanego budynku. Nie ma chłop na zapłacenie czynszu za szkołę. Nie lubię żebractwa internetowego, ale zapytam. Może ktoś zechce wspomóc Strong Roots Foundation w Kigali? Oczywiście, liczy się każda złotówka. A może ktoś chce pomóc i pojechać do nich na wolontariat? Może uczyć angielskiego. Z białasem w środku władze miasta pewnie nie wyrzucą dzieci na bruk.
 
trochę niewyraźna przyszłość...




Jeśli ktoś zechce pomóc, może się skontaktować ze mną ( ar.mal@interia.pl) lub z Pascalem : https://www.facebook.com/nkurikiyineza.blaisepascal?fref=ts



Króciutki film jaki nagrałem będąc tam:

środa, 25 stycznia 2017

87. Pierwsze kroki w Rwandzie



27.10.2016
    


   Granica Ugandy i Rwandy. Najpierw idziemy do jednego z ugandyjskich pawilonów upstrzyć paszporty pieczątką wyjazdową. Potem, jakieś 100 metrów zabłoconą drogą do budek gdzie siedzą rwandyjscy pogranicznicy. Po drodze wymieniamy u koników pozostałości ugandyjskiej waluty na miejscowe franki. Ustawiamy się w niewielkim ogonku i czekamy na swoją kolej ,,do spowiedzi” u pogranicznika. Nad budką wiszą zdjęcia dziesięciu jegomości, którzy żywi lub martwi poszukiwani są za zbrodnie 1994 roku. Twarze na ogół w okularach, inteligentne. Zapewne nie byli to zwykli siepacze z maczetami, a politycy, naukowcy, dziennikarze, być może księża. Można powiedzieć, że owa nacjonalistyczna inteligencja swoją mową nienawiści, podżeganiem wojennym zrobiła więcej szkód niż zwykły Hutu z karabinem czy maczugą w rękach. Intryguje wysokość nagrody za pomoc w schwytaniu sprawców, milion dolarów za każdego. To spora kwota jak na Rwandę. Dopełniam formalności jako pierwszy z naszego duetu i młody, miły pan pyta mnie o rezerwacje hotelową na terenie Rwandy. Gdy okazuje się, że nie mam, mówi mi grzecznie i z uśmiechem, że nas nie wpuści, bo takowa jest wymagana. Na nic prośby i najszerszy mój uśmiech na jaki mnie stać. Co jak co, ale japę to ja potrafię szeroko otworzyć. On również szeroko się uśmiecha i pomijając wzrokiem A. woła: ,,następny proszę”. I wtedy do głowy przychodzi mi genialna myśl. Z plecakowej przegródki na papiery i dokumenty wyciągam numer telefonu do Pascala. To nasz host w Kigali, z którym skontaktowałem się przez Couchsurfing. Mówię urzędasowi, że będziemy spać u tego gościa i niech do niego sobie zadzwoni, żeby potwierdzić. Kilka sekund temu mówiłem, że będziemy spać w hotelu, ale to już nie ma znaczenia. Dostajemy pieczątki wjazdowe. Wizy do Rwandy nie potrzebujemy, bo mamy wschodnioafrykańską, którą kupiliśmy na lotnisku w Nairobi. Kończą się swoiste zawody w szerokości uśmiechu, pozostała jeszcze tylko kontrola bagaży. 

   Na środku placu, stoi stary, masywny stół. Wkoło trochę błota, ale to nikomu nie przeszkadza. Bagaże poddawane są drobiazgowej kontroli. Przed nami młoda, piękna Ugandyjka, której trzepią dwie torby jakie posiada. To chyba jakaś handlarka pluszowych zabawek, bo to właśnie nimi zapełnione niemal w całości są jej bagaże. Ot tak na oczach tłumu, niemal gwałcona jest prywatność człowieka. Gapie patrzą jak zawstydzona kobieta ukrywa rzeczy osobiste typu bielizna przed wzrokiem ciekawskich. Nie podoba mi się to widowisko. Teraz na warsztat idzie mój plecak. Gawiedź wytrzeszcza gały, co też mzungu może mieć w środku. Okazało się, że wysypali na stół moje brudne rzeczy z reklamówki. Potem z plastikowej torby wywlekane są buty.  Z innej, jakieś zakupy, które poczyniłem w Kampali. Rekwirują mi je. To znaczy, te reklamówki plastikowe. Na teren Rwandy nie można ich wwieść. Powód? A nuż jakąś wyrzucę gdzieś na ulicy w Kigali. W tym kraju śmiecić nie można, to jest karalne. Nic, że buty, kawy, przyprawy, brudne ciuchy są teraz wymieszane razem. To już mój problem. Patrzę jak moja reklamówka z napisem REMA 1000 służy za kosz na reklamówki z innych bagaży. A niech ich chudy byk…
   
gdzieś w Rwandzie
    Wsiadamy do autobusu, który czekał aż wszyscy pasażerowie skończą graniczne ,,pierepałki”. Wjeżdżamy do Rwandy. Co za wspaniałe uczucie. Lubię ten moment i te przyjemne podniecenie, gdy przekraczam granicę i wjeżdżam do nowego kraju, w którym nie byłem. Kogo spotkam? Co się wydarzy? Jak będzie? Gdyby jakieś 5 lat temu ktoś mi powiedział, że będę po Rwandzie czy Ugandzie jeździł całkowicie swobodnie i na wielkim luzie autobusami, pomyślałbym, że gość się napił wódki czy szaleju, lub zażył sporą porcję dopalaczy. Jeszcze 3 lata temu nie widziałem, co to jest Couchsurfing. Dziś wjeżdżam do Rwandy bez najmniejszego cienia strachu, czy bojaźni. Wiem, że świat nie jest taki zły, jak go pokazują w telewizji. Nie da się tego wytłumaczyć ludziom znających go tylko z telewizyjnych, czy internetowych newsów. Tam pokazują tylko wojny, morderstwa, kataklizmy i zamachy. Przecież nikt nie pokaże łagodnie wschodzącego zza gór słońca, przyjaznych uśmiechów ludzi, wyciągniętej pomocnej dłoni tubylca do podróżnego. Jeżeli już, to tylko jako preludium do jakiejś tragedii, czy apokalipsy, która za chwilę ma się wydarzyć. Pokażą za to dramat, krew, łzy. To się sprzedaje i to są wiadomości przez duże W. Czasem dziennikarze kojarzą mi się z sępami lub hienami, które rzucają się na swoją ofiarę. Byleby jak najbliżej oczu, żeby pokazać jak najdobitniej, jak najbliżej cierpienie. Tego chcemy, my widzowie… i to się sprzedaje.
  
Mont Kigali, z biodra
    Jedziemy przez Rwandę kierując się na południe w stronę Kigali. Kraj to, jak mówiłem, górzysty i piękny. Najwyższy szczyt, Karisimbi sięga ponad 4500 m n.p.m. Rwanda, położona niemal w sercu Afryki, zwana jest krajem tysiąca wzgórz (Pays des Mille Collines). Powierzchnia jej to zaledwie 26 338 km kwadratowych, czyli mniejsza niż naszego województwa mazowieckiego, czy wielkopolskiego. Na tak małej powierzchni zlokalizowane są 3 parki narodowe, z czego najsłynniejszym jest Park Narodowy Wulkanów, położony tuż przy granicy z Demokratyczną Republiką Konga, słynący z występowania tam goryli górskich.
   
    Jedziemy tak przez tę Rwandę i podziwiamy świat zza przyciemnionych szyb autobusu. Czasem gdy jedzie się przez Afrykę krajobrazy przesuwające się za oknem są takie, że żadnej części ciała nie urywa, na przykład kenijska trasa z Nairobi w kierunku Mombasy. Ale tu w Republice Rwandy, urywa cztery litery jak najbardziej. Jest tu po prostu przepięknie. Tkwię z głową na szybie patrząc w zamyśleniu na mijane krajobrazy. A. tkwi na moim ramieniu. Jak na razie podoba nam się w Rwandzie.
  
przedmieścia Kigali
   Zaraz po wyjściu z autobusu, na dworcu w Kigali okrąża nas grupa kilku taksówkarzy. Wydajemy się dla nich łakomym kąskiem. Ale nam inny kąsek w głowie. Jesteśmy wściekle głodni, więc kierujemy swe myśli, potem wzrok, a na końcu kroki do jakiegoś dworcowego baru. Rozsiadamy się wygodnie wśród tłumu Rwandyjczyków i zamawiamy coś lokalnego z obrazkowej karty dań. W międzyczasie proszę jednego z najwytrwalszych taksówkarzy, który przylazł tu za nami, o możliwość skorzystania z telefonu. Dzwonię do naszego hosta z Couchsurfingu, że jesteśmy w Kigali i żeby nas odebrał z dworca, tak umówiliśmy się wcześniej przez Internet. Mamy kilkadziesiąt minut do jego przyjazdu, także pałaszujemy dobre jedzenie i popijamy dobrą kawą - ja, oraz dobrą herbatą - A.
   
tuż koło domu Pascala
   Pascal przybywa z rozpromienioną radością twarzą. To bardzo pozytywny człowiek. Zdążyłem się o tym przekonać wcześniej, korespondując z nim jeszcze z Norwegii. Mija chwila i jedziemy miniautobusem przez stolicę rozglądając się z ciekawością na boki. Pierwsze co rzuca się w oczy, to czystość miasta. Nie zaznasz na ulicy widoku śmieci, za to wzrok napotka kosze na nie. To niespotykana rzecz jak na Afrykę, czy Azję. Chcą z Kigali zrobić drugi afrykański Singapur, nic więc dziwnego, że taką wagę przywiązują do czystości. I tu i tam zaśmiecanie ulic jest karalne. Wysiadamy w dzielnicy Mont Kigali, są to przedmieścia miasta. Piękne, łagodne wzgórza pokryte zabudową. Domy są w stylu europejskim, z czerwonymi zazwyczaj dachami. Są to lżejsze nieco konstrukcje niż u nas, ze względu na brak zim. Robią jednak na nas miłe wrażenie. Spodziewaliśmy się nieco skromniejszych domów. Kolejne pozytywne zaskoczenie w podróży. Ciężko zliczyć ile już ich było. Ach, jakże inny jest obraz Afryki, szczególnie niektórych jej rejonów, z powszechnym postrzeganiem jej przez Europejczyków, którzy nie postawili stopy w tej części Czarnego Lądu. Schematy myślowe, uprzedzenia, strach przed nieznanym, nieufność, europocentryzm - te cechy charakteryzują wielu z nas. Trafiamy do domu naszych hostów, którymi są Epiphanie i Blaise Pascal. Dla ułatwienia mówimy do nich: Phanie i Pascal. O nich napiszę więcej w następnym poście, bo ludzie Ci są wspaniali i można się od nich wiele nauczyć. Mieszkają dość skromnie, w porównaniu z innymi w tej dzielnicy. Po małym, ogrodzonym wysokim murowanym płotem podwórku biegają wychudzone kurki. Na podwórku stoi hydrant, którego właścicielem jest Pascal. Co chwilę ktoś przychodzi z dwudziestolitrowymi bańkami na wodę, napełnia je, zostawia pieniążek w umówionym miejscu i wychodzi przez metalową bramę. Podwórko dzielą z drugą rodziną, która ma mieszkanie tuż obok. To właściwie taki bliźniak, kryty blachą falistą. Okazuje się dość szybko, że żyją z nimi trochę tak, jak nasi ulubieni bohaterowie, Kargul i Pawlak. Jedna i druga rodzina ma wychodek koło siebie. Ot, drewniana budka z wybetonowaną podłogą z dziurą. Stoi wiadro z wodą i na kołku leży rolka papieru. No, nie ma tak zwanego szału, przyznacie. Ale oba kibelki zamykane na kłódeczkę. Pascal daje nam kluczyk i prosi dość stanowczo, choć łagodnie o bezwzględne zamykanie po każdym użyciu tegoż kibla. Spędzimy tu dwie doby i zawsze będzie mnie to rozwalało. Pascal mówi, że chodzi o to, że sąsiedzi mają dwóch nastoletnich synów, a ci potrafią napsocić im w ich kiblu, więc trzeba zamykać.
,,A wy psocicie im w ich kiblu, bo oni też zamykają?”
Milczenie.



 
Phanie i A.

wtorek, 17 stycznia 2017

86. Krótka historia masakry


   


   Krwawy Tybet Afryki – Rwanda. Na dźwięk tego słowa skóra cierpnie wielu ludziom na świecie. Szacowne instytucje, takie jak ONZ czy Kościół katolicki okryły się tu wielką hańbą. 6 kwietnia 1994 rozpoczęła się trwająca około 100 dni rzeź setek tysięcy Tutsi i ,,umiarkowanych” Hutu. Zestrzelenie samolotu z prezydentami Rwandy i Burundi na pokładzie przez do dziś nieustalonych sprawców zapoczątkowały być może najbardziej krwawą formę ludobójstwa we współczesnym świecie. Tu nie było wyspecjalizowanych formacji typu SS, Gestapo czy NKWD, tu sąsiad zabijał sąsiada, mąż żonę, znajomy znajomego. Śmierć od kuli czy granatu była luksusem. Najczęściej zadawano ją maczetami, młotami i maczugami. Obcinano stopy, dłonie, palono ludzi żywcem w kościołach, dzieci chwytano za nogi i rozbijano im głowy o ściany domów lub drzewa. Śmierć, czym bardziej okrutna, poprzedzona długim konaniem, w oczach oprawców była ,,lepsza”. Często poprzedzały ją gwałty.
    
Kigali
   Minęło kilkadziesiąt lat i warto o tym co się stało w Rwandzie przypominać, chociażby po to, żeby uzmysłowić sobie do czego może prowadzić mowa nienawiści, przekłamywanie historii, manipulacje mediów. We współczesnym świecie widzę wiele analogii do wydarzeń, które miały miejsce w tym pięknym, górzystym kraju, a które zapoczątkowały tę rzeź. Wiele wstrząsających obrazów widziałem w Kigali, stolicy Rwandy, w jednym z najważniejszych (spośród licznych w tym kraju) muzeów ludobójstwa. Do czego zdolny jest zmanipulowany przez media i polityków człowiek, do jakich okropności może się posunąć i jak kruchy jest pokój. Ile wysiłku każdy pojedynczy człowiek powinien włożyć w to aby cedzić informacje wkładane mu do głowy. Dla większości ludzi na świecie pokój, obok zdrowia, jest rzeczą najważniejszą. Ale zawsze znajdzie się grupa polityków, biznesmenów, fundamentalistów czy szaleńców, która będzie chciała ten pokój zburzyć. Wiedzą oni, że: wojny nigdy nie umierają, one tylko zapadają w sen.
    


   Kiedyś, przed wiekami Rwandę zamieszkiwali Pigmeje Twa. Trudnili się oni myślistwem i zbieractwem. Stopniowo dołączali do nich inne ludy, mianowicie Tutsi i Hutu. Niewiadomo skąd dokładnie przybyli, ani kiedy. Wiadomo jedno, Tutsi byli hodowcami krów, natomiast Hutu zajmowali się uprawą ziemi. Z czasem stworzyli jeden naród Banyaruanda. Ryszard Kapuściński w książce Heban, nazywa to społeczeństwo kastowym a nie plemiennym. Wystarczyło, że Hutu kupił od Tutsi kilka krów lub się wżenił w rodzinę i automatycznie stawał się członkiem Tutsi. System ten funkcjonował przez wieki i dotrwał do XX wieku. Tutsi, stanowiący około 15 procent społeczeństwa, byli kastą ważniejszą, piastowali wysokie stanowiska, Hutu byli ich wasalami.
   
Przedmieścia stolicy ścielą się na wzgórzach
    Z początkiem dwudziestego wieku przybył do Rwandy pierwszy misjonarz chrześcijański Leon Classe, późniejszy biskup tego kraju. Uznał on Tutsi za superb humans (wspaniałe istoty). Był rok 1902. Kilkanaście lat później, ojciec Francois Menard uznał Tutsi za Europejczyków z czarną skórą. Jednak to urzędnicy z Brukseli, po przejęciu kolonii od Niemców prawdziwie skrzywdzili Rwandyjczyków. W swoim zamiłowaniu do ,,porządku”, polityki rasowej, unifikacji i papierologii utwierdzili podziały wprowadzając w 1933 roku stemple do dowodów osobistych z zaznaczoną przynależnością rasową. Stemple te przetrwały do roku 1994 będąc dodatkowym wskaźnikiem dla zabójców. Wpis w dowodzie ze słowem Tutsi (pochodzenie dziedziczyło się po ojcu) był wyrokiem śmierci dla wielu ludzi. Belgowie faworyzowali Tutsi aż do połowy XX wieku. Oni piastowali wysokie stanowiska, mieli łatwiejszy dostęp do uczelni i cieszyli się większymi przywilejami. Potem kolonizatorzy zmienili front. Zaczęli podburzać Hutu przeciwko swoim niedawnym panom. W roku 1959 doszło do krwawego buntu Hutu. Polała się krew Tutsi. Belgowie i Kościół katolicki zachowali neutralność, cicho przyzwalając na rzezie. Wielu Tutsi uciekło z kraju, uchodząc do sąsiedniej Tanzanii, Konga, Burundi, a przede wszystkim Ugandy. Władzę objęli Hutu na której czele stanął prezydent Juvenal Habyarimana. Następne 30 lat to stopniowa i postępująca dyskryminacja Tutsi, okresowe masakry i powstanie Hutu Power. Stworzyli oni i opublikowali w gazecie Kangura, oraz stale powtarzali w Radio Mille Collines (RTLM) niesławne 10 przykazań Hutu. Podobne 10 przykazań mieli ukraińscy nacjonaliści na Wołyniu w latach poprzedzających ludobójstwo. To na falach radia RTLM padło dobrze znane hasło: Ściąć wysokie drzewa, które dało początek apokalipsy w 1994r. Spośród ludności miast, miasteczek, bezrobotnych, studentów i urzędników utworzyli prorządową organizację paramilitarną Interahamwe (uderzmy razem). Ochotnicy odbywali tu szkolenie wojskowe i ideologiczne. Celem Interahamwe byli Tutsi, zwani przez Hutu – karaluchami. Zakupiono maczety z Chin za 750 tys. dolarów. To one głównie posłużyły do morderstw. ONZ powołał UNAMIR, misję pokojową pod dowództwem generała Romeo Dallaire, która miała pomóc w realizacji porozumień pokojowych w Aruszy i zapobiec ludobójstwu. Zaraz po rozpoczęciu masakr, UNAMIR został jednak odwołany. Rwanda została sama. Kościół się odwrócił, ONZ czmychnął, Belgowie i Francuzi (niedawni sojusznicy Hutu) milczeli. USA nie robiło nic, wszakże w Rwandzie nie było diamentów ani ropy. Poza tym, rok wcześniej zaangażowali się w wojnę w Somalii, gdzie ponieśli spore straty (tam była ropa i uran).
Tu działy się historie przedstawione w filmie: Hotel Rwanda
   


   Apokalipsa trwała 3 miesiące. Zginęło od 800 tys. do miliona Rwandyjczyków. Zakończył ją Paul Kagame, który jako dowódca Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego wkroczył z sąsiedniej Ugandy po latach spędzonych na uchodźstwie, gdzie sformował swoją armię złożoną z Tutsi. Do dziś jest prezydentem Rwandy.
   
    Trudno ogarnąć umysłem tragedię Rwandyjczyków. Żal mi ludzi, którzy chroniąc się przed posiekaniem maczetami szukali schronienia w kościołach. Wielu z nich znalazło tam śmierć. Praktycznie nie ma w Rwandzie kościołów nie splamionych krwią. Do nich należy również polska misja pallotynów w parafii Gikondo w Kigali. Kościół katolicki po latach zaprzeczania przyznał się w końcu do winy i przeprosił. Oczywiście byli księża i misjonarze którzy bohatersko, aczkolwiek na ogół bezskutecznie, bronili swe owieczki. Wielu jednak partycypowało w mordach w sposób pośredni lub bezpośredni. Byli tacy, którzy wraz z bojówkami Interahamwe przed zamordowaniem, gwałcili swoje ofiary.
    
Moi sympatyczni gospodarze u których znalazłem kąt do spania
  
   Wielu zagranicznych księży i misjonarzy, uciekło przed rozpoczęciem masakr lub zaraz po ich rozpoczęciu. Trudno się temu dziwić, nikomu wszak do nieba nie śpieszno, nawet kapłanom. Poza tym łatwo ocenić i krytykować z pozycji wygodnego, ciepłego fotela. Nikt nie wie jak sam by się zachował będąc na ich miejscu. Nawiasem mówić, dzisiejszy arcybiskup Henryk Hoser, który był w Rwandzie przed 1994 rokiem, wrócił tam zaraz po aktach ludobójstwa. Ziemia była jeszcze ciepła od krwi. Może tam doszedł do swoich wniosków, które do dziś głosi, że w czasie gwałtu, z powodu stresu zajście w ciążę jest prawie niemożliwe. W Rwandzie, przed masakrami zajmował się między innymi upowszechnianiem naturalnych metod planowania rodziny. Dziś angażuje się w ochronę życia. Nie chcę być złośliwy, ale szkoda, że w tę ochronę nie angażował się w Rwandzie przed kwietniem 1994.
 
Przed Kigali Genocide Memorial Centre. Tu pochowanych jest 250 000 osób
w szkole

   O ludobójstwie w Rwandzie dużo się dowiedziałem będąc w Kigali. Czytałem książki Ryszarda Kapuścińskiego, Dariusza Rosiaka, czy Wojciecha Tochmana (Dzisiaj narysujemy śmierć). Powstało też kilka mocnych, dobrych filmów na ten temat, które oglądałem i polecam, m.in. bardzo znany, hollywoodzki Hotel Rwanda. Nie mniej ciekawe, a według mnie jeszcze lepsze są: Czasami w kwietniu, Strzelając do psów, Podać rękę diabłu, czy Kinyarwanda. Ten ostatni dostępny jest chyba tylko w wersji anglojęzycznej.



   Historia (nie tylko Rwandy) uczy, że wojna czyni z ludzi bestie. Wojna totalna, czyni z ludzi totalne bestie.


 
Kigali to chyba najczystsze miasto Afryki. Śmieci na ulicach nie ma

Na przedmieściach Kigali domy otoczone są wysokimi płotami. Może to strach?