Polecany post

104. Książka: Banany i cytrusy, czyli leć do Afryki

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uganda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uganda. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 stycznia 2017

85. W stronę Rwandy



26,27.10.2016

    Rano wyjeżdżamy z Fort Portal. Naszym celem jest miasto Kabale położone na południu Ugandy, w niewielkiej odległości od granicy z Rwandą. Jedziemy niemal cały dzień w zatłoczonym busie (matatu). Pogoda piękna, widoki również. Co się rzuca w oczy w Ugandzie, oprócz wiecznej zieleni? Przede wszystkim matoke. Z tym kojarzy mi się ten zakątek świata. Małe zielone banany przewożone na rowerach, motorach, pakach pick-upów. Noszone na plecach, w rękach, na głowie. Wszędzie widać ludzi z potężnymi kiściami matoke. To podstawa wyżywienia tutaj. Ugandyjczycy podobno zjadają najwięcej bananów na świecie. Nie tylko zjadają, ale także je wypijają. Nie sposób nie wspomnieć o popularnym piwie i winie robionym z bananów. Jest trochę problemów z alkoholizmem w Rwandzie i Ugandzie. Między innymi przez łatwą dostępność trunków sporządzanych z tych owoców.
   
jeszcze kilka ujęć z Ugandy



   Rzucają się w oczy również krowy. Jeżdżąc po Polsce też je często widzimy na pastwiskach, ale tu w Ugandzie jaki i w ościennych krajach krowy Sanga są zupełnie inne. Są dla nas, białych, fantastycznie egzotyczne. Powodem są ich wielkie rogi czasem przekraczające pół metra. Występują tu różne rasy tych krów, ale w większości charakteryzują się one wieeelkimi rogami. Są stadka małe, złożone z kilku sztuk, ale czasem trafia się widokowa gratka w postaci ogromnego stada z rogami do ,,nieba bram”. Cały czas chcemy zrobić jakąś sensowną fotkę, ale, albo za późno się orientujemy, albo nie ma jak się ruszyć, albo jakieś drzewa lub krzewy (bananowce to też krzewy), albo ,,jeszcze zdążymy”.
    




   W okolicach Parku Narodowego Królowej Elżbiety obserwujemy trochę dzikiej zwierzyny. Pasą się zgrabne antylopy, przechadzają się po szosie ciekawskie małpy leniwie ustępując drogi naszemu busikowi.
    



    Droga jest miejscami w kiepskim stanie, także podróż trwa stosunkowo długo. Uganda jest mniejsza od Polski. Jej powierzchnia to ok. 236 tys. km kwadratowych. Polski (dla przypomnienia) to 312 tys. Mimo, że podróż trochę trwa, nie nudzimy się. Zawsze jest coś ciekawego za oknem, a czasem nawet w samym busie. Obok mnie siedzi czerstwy starzec w zabawnej czapeczce. Duch jakby z niego już się powoli ulatniał, taki stary. Siedzi poważny, zamyślony, nieobecny. Ale gdy tylko zadzwoni jego telefon, jakby drugie życie w niego wstępowało. Rozmawia podniesionym głosem, żywo gestykulując. Z oczu sypią się iskry i widać, że rozmowa sprawia mu wielką przyjemność. Pewno wiele w życiu widział i przeżył w tej Ugandzie, przechodzi mi przez myśl.
   




   Po południu dojeżdżamy do Kabale, miasta wielkości Kołobrzegu. Do granicy z Rwandą jest lekko ponad 20 km. Hotel znajdujemy po około 20 sekundach od wyjścia z matatu. Skromny, żeby nie powiedzieć biedny przybytek ze sporą ilości pokoi i restauracją urządzoną na ubogo. Miło w każdym razie wyprostować nogi. Wypełniam formularz, zostawiamy bagaże w pokoju i zamawiamy coś do jedzenia. Frytki, jakieś mięsko, sałatki, Tusker, herbata. Ceny przyjazne dla kieszeni.
    

   Z nieba runął rzęsisty, równikowy deszcz. Znowu jesteśmy na półkuli południowej, ale do linii samego równika jest wszak stąd niedaleko. Pod małym daszkiem, na zewnątrz hoteliku zebrała się kilkuosobowa grupka tubylców. Chcą przeczekać wymuszony zimny prysznic. Gdy jem swój zasłużony obiad, po niemal całodniowym poście, siedząc przy sznureczkach koralików, które służą za drzwi, trzech młodych facetów przygląda mi się chyba z piętnaście minut. Nie odrywają ode mnie wzroku. Śledzą każdy ruch widelca, śledzą każdy ruch jabłka Adama przy kolejnym łyku browara. To zabawne i dziwne, ale to mi w ogóle nie przeszkadza. Przecież w Europie bym tego nie zdzierżył. Jak to do wszystkiego można się szybko przyzwyczaić. Dobrze, że szczęściara A. siedzi trochę głębiej w czeluściach knajpki i jest mniej widoczna z ulicy. Deszcz jak nagle się pojawił, tak szybko ustał. Idziemy pokręcić się trochę po miasteczku, ale dość szybko wracamy z powodu nadchodzących ciemności. Ludzie patrzą na nas dość podejrzanie. Te nadgraniczne miasta w Trzecim Świecie są chyba specyficzne. Ktoś proponuje taksówkę do granicy z Rwandą, ktoś proponuje ,,gorilla treking”.
   
Kabale
    Wieczorem dopada nas jakiś smutek i lekkie przygnębienie. Znowu leje deszcz. Kupujemy w sklepie za równowartość 4 złotych 200-ml butelkę whisky. Colę mamy. Bierzemy zimny (z konieczności) prysznic w prymitywnej łazience i lulu.
   
   Rano próbujemy dostać się do Kigali w Rwandzie. Wszędzie namawiają nas na taksówkę do granicy. Tam mamy przejść pieszo przez odprawę i dostać się po drugiej stronie inną taksówką bezpośrednio do Kigali. Podejrzewamy, że wyjdzie nas ta impreza za drogo. Z pewnością nas naciągną. Zapytać za bardzo nie ma kogo. Żadnych mzungu nie ma a kasa biletowa na przystanku autobusowym jeszcze zamknięta. Kręcą się przy nas tylko taksówkowi naganiacze. Wpadam na pomysł zapytania osobę postronną. Podchodzę do jegomościa z kałasznikowem w rękach. Kto jak kto, ale stróż porządku mnie nie będzie chyba naciągał na taksówkowy przekręt. Gość ubrany w obszarpany, rzekłbyś, dziadowski przyodziewek, ale wspomaga nas dobrą radą. Pokazuje miejsce oddalone o kilkaset metrów gdzie możemy złapać przelotowy autobus bezpośrednio do Kigali. Idziemy odprowadzani wzrokiem naganiaczy. Wzrok to cokolwiek chłodny, jak wczesny (mimo, że równikowy) poranek na tej wysokości (2000 m n.p.m.)
   
Żuraw koroniasty z flagi Ugandy
   Już po chwili siedzimy w pustawym (!) autobusie z mocno przyciemnianymi szybami. Kilkanaście minut mija i wjeżdżamy w błotnistą przestrzeń z kilkoma budynkami. To Katuna, granica ugandyjsko-rwandyjska.



czwartek, 29 grudnia 2016

84. U stóp Gór Księżycowych



24,25.10.2016



    Autobus jedzie przez zieloną Ugandę. A my w nim, ze wzrokiem utkwionym w przybrudzone szyby. Nie na darmo Winston Churchill nazwał ten równikowy kraj Perłą Afryki. Widoki spełniają nasze oczekiwania. Jest zielono, bardzo zielono. Na tle czerwonawej gleby ta zieleń prezentuje się przepięknie. Mnóstwo przeróżnej roślinności. Bananowce, palmy, lasy liściaste, poletka kukurydzy, manioku, sorgo, batatów i innych niezidentyfikowanych przez nas roślin. Widzimy olbrzymie plantacje herbaty. Piękne wzgórza z krzewami, poprzecinanymi wąskimi dróżkami po których gdzieniegdzie idą kobiety z koszami na plecach, wypełnionymi liśćmi. Uganda eksportuje również bawełnę i kawę. Kraj to pagórkowaty, górzysty, są idealne warunki glebowe i klimatyczne do tego typu produkcji. Najbardziej jednak rzuca się w oczy duża ilość bananowców.
   

  
  Jedziemy kilka godzin tym autobusem nie nudząc się ani chwili. Miło wspominam wesołą Kampalę. Fajni ludzie, dobre jedzenie. Tak, to był miło spędzony czas. Szkoda tylko, że nie udało nam się spotkać z młodą Polką mieszkającą w tym mieście od kilku lat. Mieliśmy zaproszenie od niej (couchsurfing) na piwo, ale z braku czasu nie doszło do spotkania. Może następnym razem.
   
    Dojeżdżamy do Fort Portal. Piękne miasto liczące około 45 tysięcy dusz, otoczone pagórkami. Dojeżdżając, widzimy jednak coś co nas wprawia niemal w ekstazę, a przynajmniej w przyjemny stan podniecenia. To pasmo Gór Ruwenzori, zwanych również Księżycowymi. Jest to piękny masyw o długości ok. 120 km i szerokości ok. 65 km. Rozciąga się na pograniczu Ugandy i Demokratycznej Republiki Konga. Niektóre szczyty pokryte są wiecznym śniegiem, wśród nich Góra Stanleya (5109 m n.p.m.), trzecia pod względem wysokości góra Afryki. Wśród niezwykle wybujałej roślinności (wiele gatunków endemicznych) żyją słonie afrykańskie, nosorożce, okapi, bawoły, lamparty, antylopy. Najsłynniejszym jednak gatunkiem jest goryl górski. Jego nieliczne stada spotkać można właśnie w Ugandzie, Rwandzie i R.D. Konga. Odbyć można trekking i zobaczyć te ogromne, dochodzące do 200 kg wagi człekokształtne, ale cena 700 dolarów za osobę i długi, nawet półroczny okres oczekiwania na przyjęcie zgłoszenia odstrasza jednak wielu. W tym i nas. Zresztą, wysoka cena jest po to, żeby odstręczać. O to chodzi opiekującym się tymi zwierzętami w parkach narodowych, żeby odstraszać zbyt liczną gawiedź. Nadmierna ilość odwiedzających mogłaby być szkodliwa dla goryli. Chodzi o stres i choroby ludzkie, którymi można zarazić zwierzęta i vice versa. Należymy wszak do tej samej rodziny. Słynny, oscarowy, już niemal pradawny film ,,Goryle we mgle” traktuje o pierwszej badaczce goryli na tych terenach, Dian Fossey. Skoro jestem przy kulturze związanej z tym terenem, nadmienię, że twórczyni Harry Pottera, pani Rowling, właśnie tu, w Górach Księżycowych umieściła Szkołę Magii Uagadou.
   
czekając na Maureen
    W Fort Portal nocujemy u Maureen, 28-letniej, sympatycznej Ugandyjki z którą umówiłem się wcześniej w ramach couchsurfingu. Mamy adres (mniej więcej) gdzie mamy dojechać boda-boda i spotkać się. Jedziemy i czekamy chwilę w upalnym słońcu rozkoszując się sielskością okolicy. Przyjeżdża nasza gospodyni, poznajemy się ,,dotykowo” i wsiadamy do jej Toyoty. Jedziemy do domu. Troszkę koparki nam opadają, bo spodziewaliśmy się ,,bidnej chałupinki” a trafiamy do pięknego, nowoczesnego domu. Kafelki, duperelki. Maureen żyje z sześcioletnim, rezolutnym synem i świetnie sobie radzi zawodowo. Pracuje w jakiejś instytucji rządowej. Spędzamy wesołe popołudnie i wieczór przy piwach, kolacji i rozmowach. Jedziemy zobaczyć nową chatę Maureen, ponieważ odziedzicza po ojcu inny dom, gdyż ten wyprowadza się do Stanów Zjednoczonych. Za trzy dni ma przeprowadzkę. Równie fajne domostwo, o standardach europejskich.
    

   Na drugi dzień rano Maureen jedzie do pracy, a nam umawia swojego przyjaciela, który spędzi ten dzień z nami i ,,poobwozi” nasze tyłki po okolicy. Wspaniałe rozwiązanie. Na kartce napisała mu gdzie ma nas zawieść i ruszamy w drogę. Wspaniałe okolice pełne jezior i … zielono, zielono, zielono. Wioski, wioseczki, ludzie, dzieciaki, szkoły poukrywane gdzieś w głuszy. Ciekawy dzień. Trafiamy do dość niezwykłego miejsca. Nad pięknym jeziorem, nieco wyżej, nad taflą jeziora ukryte jest przepiękne miejsce, do którego bardzo ciężko trafić osobom niezorientowanym. To Papaya Lake Lodge. Dwóch tubylców otwiera masywną bramę i wjeżdżamy na teren przepięknego obiektu. Gustownie urządzone wnętrza z użyciem miejscowych, rękodzielnych przedmiotów. Zamawiamy kawę i herbatę i rozkoszujemy się w niemal niebiańskiej atmosferze. Nie ma tu żadnych gości, jesteśmy sami. Wybudowano tu nawet basen. Kilku czarnoskórych pracowników przycina krzewy. Leżę sobie chwilę na leżaku na drewnianym tarasie urzeczony widokiem jeziora. Nasz przewodnik-kolega informuje mnie, że właśnie przyjechał właściciel tego miejsca. Idę do toalety i przechodząc koło tego człowieka, który właśnie prowadzi rozmowę telefoniczną… słyszę polski język. Ależ ten świat mały i pełny zaskakujących niespodzianek. W toalecie, niczym przeniesionej z pałacu, rozpiera mnie duma z rodaka (wcześniej rozpierał pęcherz). W takiej głuszy, takie coś, no, no, no! Szacun! Postanawiam porozmawiać chwilę z właścicielem i pogratulować rozmachu, ale człowiek ten rozmawia całą wieczność, a nas goni już czas. Nie ładnie przerywać komuś rozmowę, wyjeżdżamy stąd. 



   Jeździmy i jeździmy, aż docieramy do podnóża Gór Ruwenzori. Trudno to wszystko opisać, lepiej tu przyjechaćJ Jest miło, bezpiecznie, egzotycznie.




    

Na koniec dzisiejszej podróży jemy u miejscowych pyszną kozinę (ja) popijając piwem Tusker. Zaciekawia mnie tablica z menu. Ugandyjczycy są bardo religijni, więc na górze tablicy widnieje napis, że to Pan Bóg zaopatruje ten lokal w produkty. Takich dowodów na silną wiarę w Boga można tu spotkać dość dużo. Także w rozmowach można się przekonać o ich religijności. Trudno się dziwić. W wielu miejscach spotkać można w Ugandzie (i w wielu krajach Afryki) różnego typu misje katolickie najprzeróżniejszych maści i odłamów.


  
czterech na motorku:)
    Wieczorem przyjeżdża Maureen i spędzamy czas w pubie The Forest. Wspaniała zabawa wśród tubylców i niemieckich wolontariuszek. Stoły bilardowe, muzyka i pyszne jedzenie (picie też). Ceny bardzo przystępne. Tak, Uganda to perła AfrykiJ








środa, 21 grudnia 2016

83. O Kampali i Rzeźniku z Ugandy

23,24.10.2016

  


   Popołudnie spędzamy w Kampali, półtoramilionowej stolicy Ugandy. Chodzimy zatłoczonymi ulicami miasta, lub po niemal bezludnych zaułkach. Zadziwia duża ilość piłkarskich zakładów bukmacherskich. Lokale z telewizorami w których pokazywane są mecze zapełnione są po brzegi, a chodniki przed nimi (jeśli są takowe) to również kłębowisko facetów. Trudno się dziwić, że tak jest. W Ugandzie tylko co dziesiąta rodzina ma telewizor. Skoro jesteśmy przy sporcie, to warto powiedzieć o pewnej sportowej ciekawostce. W latach 90-tych ubiegłego wieku w skokach narciarskich (!) jako jedyny Afrykańczyk skakał Ugandyjczyk, Dunstan Odeke. Jego rekord życiowy jest rekordem Afryki i Ugandy. Gość skoczył 50 metrów.
   
   W jednej z lokalnych knajp jemy obiad. Jest tanio i naprawdę pysznie. A. zamawia do picia sok owocowy. Dostaje sok w kuflu, niemal żywcem przeniesiony z czasów komuny z polskich mordowni. Ale ten schłodzony napój ze świeżych owoców smakuje jak ambrozja. Coś pięknego, a raczej wyjątkowo smacznego.
  
    Po uczcie bierzemy boda-boda i jedziemy na wzgórze Kasubi. Tu znajdują się grobowce dawnych królów Bugandy. Kilka lat temu podpalono to miejsce i szczerze mówiąc, trochę się tu nudzę. A. mniej, ponieważ o historii tego miejsca i królach wie dużo więcej niż ja. Z reguły, gdy ogląda się jakieś zabytkowe miejsce z listy Unesco, jak te, gdy wie się więcej, zwiedza się bardziej świadomie i wtedy dane miejsce jest bardziej interesujące.
   



   Wracamy w pobliże naszego hotelu i idziemy do supermarketu. Kupujemy trochę herbat, kawy i przypraw. Ceny trochę niższe niż w Polsce, ale szału nie ma. Przed wejściem do sklepu siedzi znużony ochroniarz z karabinem na kolanach. Broń wygląda jakby z czasów pierwszej wojny światowej. Złom po prostu. Gość się pyta czy nie chcę usiąść na jego miejscu z giwerą, zrobi mi zdjęcie. Odmawiam.
   
Matoke, podstawa pożywienia w Ugandzie
   Wieczorem siedzimy w etiopskiej knajpce wspominając naszą lutową wyprawę po tym niesamowitym kraju. Piwo St. George, którym raczyliśmy się w dawnej Abisynii odświeża pamięć. Potem, w niemal całkowitych ciemnościach jemy u lokalsów pyszne chapati. Mała knajpka prowadzona przez Daniela z Erytrei i jego drobną dziewczynę z Rwandy. Siedzimy przy malutkim stoliczku na zewnątrz, a przechodzący obok ludzie przystają czasem z wrażenia. Tak tu już jest, że w niektórych miejscach wzbudzamy wielkie zainteresowanie. Ludzie tego nie maskują i potrafią stanąć i przyglądać się minutę lub dwie. Daniel troszczy się o nasze bezpieczeństwo i przepędza gapiów. Pytam o toaletę. Prowadzi mnie nieco zawstydzony na zaniedbane podwórko. Tu w zupełnych ciemnościach, przyświecając telefonem komórkowym pokazuje mi coś w rodzaju wychodka. Wyszeptuje słowo przepraszam i znika zawstydzony. No cóż, jest przechlapane, ale daję radę. Kilka minut później serwują nam kawę, cukierki i ciastka. Za darmo. Kawa, typowo erytrejska smakuje wyśmienicie. Cukierków nie mamy sumienia jeść. Dali nam to wszystko za darmo. Piwo kosztuje dolara, jedzenie dolara i jeszcze mamy ich obżerać z cukierków?
   

    Na drugi dzień rano wyjeżdżamy z Kampali. Na dworcu kupujemy bilet i czekamy aż cały autobus się zapełni. Jedziemy do Fort Portal, małego miasteczka na zachodzie Ugandy. Posilamy się bułkami, obserwujemy tubylców, a oni nas. Nie trzeba chyba dodawać, że jesteśmy tu jedynymi mzungu. Co chwilę któreś z nas idzie na krótki spacer, a druga osoba zostaje przy bagażach. Jest całe mnóstwo małych sklepików z telefonami komórkowymi i akcesoriami do nich. Mało jest sklepów spożywczych, odzieżowych. Jest tak, jakby na świecie istniały tylko telefony. Jakby je człowiek jadł i ubierał się w nie.
   

  

  Tuż obok nas, na ławce przysiada starszy jegomość, uliczny sprzedawca orzeszków. Wszyscy go tu znają i szanują. Z dostojeństwem konsumuje coś czego nie sposób zidentyfikować z metalowego talerza w kształcie łódki. Za sztućce służą mu drewniane nożyce i takaż łycha. Przybył tu pchając swój dziwny pojazd, coś na kształt roweru. Pojazd jest drewniany, łącznie z kołami. Za kierownicę służą rogi. Z tyłu dumnie wisi flaga Ugandy. Uśmiecha się do nas i jest jednocześnie i smutny i wesoły. Ciekawy człeczyna.
  


   
w autobusie
  Autobus powoli zapełnia się ludzi. Zajmujemy swoje miejsca. Teraz czas sprzedawców. Krążą w przejściu sprzedawcy napojów, przekąsek. Jest gość co sprzedaje pasażerom książki. Jest potężnie zbudowany sprzedawca ubrany w garnitur oferujący ludziom lekarstwa, maści i kosmetyki. Patrzę na niego, bo kogoś mi przypomina. Tak, już wiem kogo. Dzielę się tą wiadomością z A. Jej też przypomina się ta czarna (w przenośni i dosłownie) postać z historii Ugandy. Mowa tu o wielkim świrze i tyranie, który tak siebie tytułował: Jego Ekscelencja Dożywotni Prezydent Ugandy, Marszałek Polny, Doktor Idi Amin, Władca Wszystkich Stworzeń na Ziemi i Ryb w Morzu, Zdobywca Imperium Brytyjskiego w Afryce w Ogólności, a Ugandy w Szczególności, Kawaler Krzyża Wiktorii, Medalu za Wybitną Służbę i Krzyża Wojennego.
  
   Idi Amin Dada pochodził z północy Ugandy z plemienia Kakwa. Niektórzy umieszczają go na liście największych zbrodniarzy ludzkości obok Stalina, Hitlera, Vlada Palownika, Iwana Groźnego czy Pol Pota. Podejrzewany był o kanibalizm, poćwiartowanie żony i trzymanie zwłok w lodówce. Był odpowiedzialny za zabicie ponad 300-u tysięcy mieszkańców Ugandy, choć dokładna liczba ofiar nie jest oczywiście znana. ,,Debiutował” jako pomocnik kucharza w brytyjskiej armii kolonialnej, Kings African Rifle w roku 1946. Potężny, ponad dwumetrowy bokser po czterech klasach podstawówki idealnie, według Brytoli, nadawał się do armii. Jego niska inteligencja, okrucieństwo i prymitywizm bardzo podobały się przełożonym. Gdy awansował na stopień sierżanta wysłano go do Kenii w celu tłumienia powstania Mau Mau. Tam wykazał się niezwykłym okrucieństwem, torturując ludzi, grzebiąc żywcem, obcinając genitalia. Bardzo to podobało się angielskim ,,dżentelmenom” w mundurach. Idi Amin wkrótce został generałem. Obalił dyktatora Miltona Obote (już w niepodległej Ugandzie) i zaczął rozprawiać się z przeciwnikami. Wybił dotychczasową armię, a przynajmniej jej część, wypędził Azjatów, którzy stanowili klasę średnią i siłą napędową społeczeństwa. Budował swoją armię z najczęściej niepiśmiennych, acz oddanych mu prymitywów, armię siepaczy. Terroryzował miasta i wsie, grabiąc co się dało. Kraj podupadał coraz bardziej, ludzie głodowali w strachu o każdy następny dzień, natomiast on sam miał się co najmniej nieźle, robiąc zakupy w Londynie i posiadając niezliczone posiadłości i luksusowe samochody. Na początku, zarówno kraje zachodu jak i wschodu kibicowały Aminowi. Magazyn Time umieścił go nawet na swojej okładce! Całe lata 70-e to okropny terror Ugandy. Pamiętam jak czytałem książkę Ryszarda Kapuścińskiego, Heban, w której to opisuje w jednym z rozdziałów, jak z okien budynków w Kampali docierały do niego przerażające krzyki i jęki torturowanych mężczyzn i kobiet. Na temat krwawej dyktatury Hańby Afryki czy Rzeźnika z Ugandy, jak go nazywano, powstała książka: Ostatni król Szkocji. Ja obejrzałem film pod tym samym tytułem i zrobił na mnie wielkie wrażenie. Bardzo polecam.
    Na szczęście w końcu (1978) Uganda uwolniła się od bezmózgiego tyrana. Prezydent Tanzanii Julius Nyerere wygrał wojnę, którą Amin zaczął. Nyerere był wielkim człowiekiem o małej posturze. I z tej właśnie postury naigrywał się wcześniej Idi Amin. Zaproponował nawet prezydentowi Tanzanii walkę bokserską (sam był mistrzem Ugandy w wadze ciężkiej).
   W latach 70-ych Uganda spłynęła krwią. Świat nie reagował pochłonięty zimną wojną. W latach 80-ych Rwanda spłynęła krwią Tutsi i Hutu, świat nie zareagował. Dziś, gdy oddajemy się gorączce świątecznych zakupów trwa rzeź w Aleppo w Syrii. A świat?

 
okolice dworca