Polecany post

59. Książka: Banany i cytrusy, czyli jedź do Azji.

czwartek, 16 lipca 2015

46.Ułan Bator

13.05.2015

    

   Po śniadaniu następuje czas na zwiedzanie Ułan Bator. Moim przewodnikiem jest Nomio. Super, że można rozmawiać z nią po polsku. To ułatwia mi lepsze zrozumienie pewnych rzeczy i uprzyjemnia czas. Zaczynamy od zwiedzania największego klasztoru buddyjskiego, Gandan. To najważniejsze miejsce buddyzmu tybetańskiego w Mongolii, można powiedzieć, taka mongolska Częstochowa.
Klasztor powstał w roku 1838, jednak w latach komunistycznego terroru przerwał swą działalność. Tybetańskich lamów pomordowano, część wysłano na Syberię lub pozamykano w więzieniach i zakazano praktyk religijnych. W świątyni tej znajduje się 26 - o metrowy posąg bodhisattwy współczucia, Awalokiteśwary. Rosjanie w czasach sowietyzacji Mongolii zrabowali oryginalny, pozłacany posąg i przetopili go na amunicję. W roku 1996 w miejsce starego, zrekonstruowano kolosalny monument. Wchodzimy do głównej świątyni w kompleksie klasztornym Gandan. Budynek 
został zbudowany w stylu tybetańsko – chińskim i imponuje swoimi rozmiarami. Wewnątrz zdjęcia można robić za dodatkową opłatą, chowam więc aparat, bo nie lubię płacić za robienie fotografii. Zwiedzamy świątynie idąc, jak to w Mongolii, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. W sumie mądre rozwiązanie, bo nie ma chaosu. Wszyscy idą w tym samym kierunku. Nomio objaśnia mi tajniki świątyni i znaczenia symboliki buddyzmu tybetańskiego. Jest tu niezliczona ilość młynków modlitewnych, które należy okręcić w lewą stronę, tak żeby nastąpił co najmniej 3- krotny obrót młynka. Młynek 
modlitewny to walec umieszczony na obrotowej osi z wypisanymi na powierzchni lub w środku mantrami. Obracanie takim młynkiem daje ten sam efekt co ustna modlitwa, jednak obracać można szybciej, wydaje się więc, że jest bardziej efektywny. Podobno w dawnych czasach wykorzystywano do tej czynności psy modlitewne, na przykład spaniele tybetańskie... A to była wygoda.
    
Następnie idziemy do kolejnej świątyni w kompleksie. Zdejmuję klapki w korytarzyku i wchodzę do środka. Oczom moim ukazuje się piękne religijne misterium. Lamowie wyśpiewują buddyjskie modlitwy za zmarłych. Odziani są w mnisie szaty a głowy ich zdobią żółtopomarańczowe kaptury. Siedzę na kolanach na posadzce i zapartym tchem śledzę ten obrzęd. Można tu fotografować, więc oprócz kilku fotografii, robię również krótki film: https://www.youtube.com/watch?v=0gvnKb45fjA
   Po obejrzeniu jeszcze kilku budynków zmieniamy miejsce. Jedziemy przez Ułan Bator na miejskie targowisko. Na ulicach taki ruch, że nie chciałbym być tu kierowcą samochodu. Wprawdzie nie jeżdżą tu bardzo szybko, ale mnogość aut jest przytłaczająca. Widać, że miasto nie jest przystosowane do takiego ruchu. Nomio opowiada, że włodarze miasta wydały rozporządzenie, które mówi, że w niektóre dni tygodnia pewne samochody mają zakaz poruszania się. Decydują numery na tablicach rejestracyjnych. Mongołowie obchodzą ten przepis dokupując kolejne auta, bo przecież muszą się jakoś poruszać po mieście, kiedy akurat przypada na nich obowiązkowy dzień postoju. W ten sposób problem narasta. Myślę, że to dobry przykład dość niefortunnej uchwały.
Nomio
  Jesteśmy na wielkim parkingu przed targowiskiem. Znaleźć tu wolne miejsce graniczy z cudem, ale w końcu się nam udaje. Zostaję przez Nomio ostrzeżony przed złodziejaszkami, którzy tu podobno grasują. Mam niewiele pieniędzy przy sobie, dokumenty zostawiłem w mieszkaniu, także nie obawiam się zanadto. Po kilku minutach bytności tu, stwierdzam, że podoba mi się targ w Ułan Bator. Pomijamy stoiska ze zwykłymi ciuchami, a kierujemy się tam gdzie są prawdziwe mongolskie skarby. Jest tu masę ciekawych rzeczy: uprzęże, popręgi, terlice, siodła i wiele innego osprzętu dla koni. 
Szczególnie podobają mi się kolorowe siodła dla dzieci. Jest ciekawa, tradycyjna, typowo mongolska odzież. Widzę malutkie kamizelki z wielbłąda dla dzieci. Kupuję jedną z nich. Będę miał dla wnuka. Za dwa miesiące zostanę dziadkiem, więc kamizelka z baktriana się przyda. Rozpocznę nowy rozdział swojego życia, dziadkowanie, zwane przez niektórych ,,dziadostanem”. Jaki będzie następny rozdział? Czyżby: ,, Doooobry Jeeeezu, aaa naaaaasz Paaanie?”. No, tego się nigdy nie wie. Zwracają moją uwagę mongolskie, charakterystyczne buty, bogato zdobione, z noskami zagiętymi do góry. 
Dlaczego mają zadarte noski? Chodzi o to, żeby nie ranić matki ziemi. Kamyczek jeśli gdzieś leżał na gruncie, to powinien tam pozostać. Nie mniej ciekawe są mongolskie tuniki i nakrycia głowy. Przechodzimy do działu wyposażenia meblowego jurt. Ależ tu kolorowo. Pomarańczowe, żółte i inne ,,oczojebne” kolory. Szafy, szafki, szafeczki, ołtarzyki. Do wyboru, do koloru. W pewnym momencie uwagę moją zwracają długie węże, czy też żmije wykonane z jakiegoś skajowego materiału. Są tak kolorowe, że mniemam, iż to zabawki dla dzieci. Jednak Nomio wyjaśnia mi, że jestem w błędzie. Są to przedmioty, które służą do odprawiania rytuałów szamańskich. ,,Achaaa”. Przy okazji zwracam uwagę na inne szamańskie artykuły. Kije, kijki, laski, poroża, opaski, bębenki, pióra orłów, figurki, skóry, kamienie, szmatki, sznureczki, wstążeczki, korale, …, nie sposób wszystkiego wymienić. Można włóczyć się po tym targu cały dzień, a i tak nie da rady wszystkiego obejrzeć. Idziemy jeszcze do pani handlującej tabakierkami. Kupuję sobie jedną, na pamiątkę. Dla Mongołów żyjących w stepie to niezwykle ważna, żeby nie powiedzieć prestiżowa rzecz. Niektóre są bardzo drogie. Są one wykonane z materiałów uważanych za szlachetne. Ja kupuję dla siebie wersję bez srebra, czy innych ,,widzimisiów”. Co ciekawe, zatyczki do tabakierek prawie zawsze są czerwone. To stoisko jest ostatnim, przy którym się zatrzymujemy. Ogólnie trzeba powiedzieć, że targowisko podoba mi się, tym bardziej, że nie widać tu żadnych turystów, a tym samym, miejsce jest bardzo autentyczne. 






    Jedziemy już do domu w jeszcze większych korkach. Teraz są prawdziwe godziny szczytu ruchu ulicznego. Przejeżdżając obok głównego placu miasta, placu Suche Batora, Nomio pyta mnie czy chcę go sobie obejrzeć. Tu znajduję się okazały budynek parlamentu, teatr, opera i tego typu atrakcje. Jest to miejsce chętnie odwiedzane przez miejscowych i przyjeżdżających. Ja jednak nie bardzo mam ochotę tutaj się zatrzymywać. Mam inny plan, bardziej oryginalny. Otóż wczoraj, podczas wieczornej biesiady Alan pokazał mi zdjęcie z cmentarza. Na tym zdjęciu pośród mogił, przechadzało się duże stado bydła i owiec. Zdjęcia wyglądały tak niesamowicie, że zapragnąłem odwiedzić to miejsce. Problem w tym, że Nomio boi się nawet jechać w pobliże tego cmentarza. Jedziemy więc do domu, gdzie nastąpi zmiana kierowcy. W pobliże nekropolii zawiezie mnie Jej mąż. Od razu mi zapowiedział, że nie pójdzie tam ze mną, bo… się boi. Okazuje się, że Mongołowie praktycznie nie odwiedzają zmarłych na cmentarzu. Po pochówku z reguły idzie się tam tylko raz, 49 dni po śmierci bliskiego. Te rzeczy są tu tematem tabu i niechętnie są poruszane przez potomnych Czingis - chana. Jedziemy więc z Tsogoo Tsogoo na cmentarz Naran (Słońce) w południowo - zachodniej części miasta. Parkuje on samochód kilkaset metrów od wysokiego, betonowego muru i wskazuje mi kierunek do bramy. Mówi, że będzie tu czekał i poucza mnie z przejęciem, żebym na siebie uważał. 
Idę więc i po chwili docieram do bramy. Wchodzę na cmentarz. Powierzchnia jego to kilkanaście hektarów w pagórkowatym terenie. Nie ma tu żadnej roślinności… ani żadnej żywej duszy. Nikogusieńko. Chodzę miedzy tablicami nagrobnymi i małymi kopczykami. Tu są chyba pochowane dzieci. Zauważam mnóstwo walających się kości. Wydaje mi się, że to kości ludzkie, ale gdy znajduję czaszkę zwierzęcia dochodzę do wniosku, że to jednak kości zwierzęce. Dziwi tylko ich mnogość. Zwierząt żadnych nie widzę, oprócz dużego, czarnego psa który wybiega zza wzgórza i pędzi w moim kierunku. Nie znam jego zamiarów, więc gdy podbiega bliżej, schylam się markując podniesienie kamienia. Pies daje dyla za inne wzgórze. 
Obecnie chowa się tu ludzi w trumnach, ale jeszcze do początku dwudziestego wieku były w Mongolii praktykowane tak zwane pogrzeby powietrzne. Zresztą do dzisiaj można się z nimi spotkać w Tybecie. Polega to na tym, że ciało utylizuje się przy pomocy ptaków drapieżnych lub padlinożernych, na przykład sępów. Zostawia się ciało lub pomaga się ptakom nacinając lub rozczłonkowując ciało zmarłego. Kości które pozostają rozdrabnia się siekierami, żeby ptakom było łatwiej je zjeść. Widziałem kilka zdjęć z takich ceremonii. No cóż, dla nas europejczyków wygląda to dość makabrycznie, ale ma to swoje głębokie uzasadnienie. Dla buddystów ciało to skorupa, do której nie powinno się żywić zbyt dużego przywiązania. Po śmierci ciało właściciela jest ostatnim darem, który oddaje naturze, stąd ceremonia jest też zwana rozdawaniem jałmużny ptakom. Według wierzeń tybetańskich, człowiek powinien być pożyteczny na każdym etapie. W trawiastych rejonach, gdzie nie ma zbyt dużo drewna, którego można by użyć do kremacji, a ziemia zmienia się w kamienną zmarzlinę, podniebny pochówek wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Tym bardziej, że w buddyzmie tybetańskim panuje przekonanie, że w ten sposób świadomości łatwiej opuścić stare ciało i znaleźć nowe. Może dlatego, że sępy latają wysoko? Takie myśli krążą mi po głowie, gdy chodzę po tym opustoszałym, wielkim cmentarzu.

widok z cmentarza na Ułan Bator

jw



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz