Polecany post

59. Książka: Banany i cytrusy, czyli jedź do Azji.

środa, 25 stycznia 2017

87. Pierwsze kroki w Rwandzie



27.10.2016
    


   Granica Ugandy i Rwandy. Najpierw idziemy do jednego z ugandyjskich pawilonów upstrzyć paszporty pieczątką wyjazdową. Potem, jakieś 100 metrów zabłoconą drogą do budek gdzie siedzą rwandyjscy pogranicznicy. Po drodze wymieniamy u koników pozostałości ugandyjskiej waluty na miejscowe franki. Ustawiamy się w niewielkim ogonku i czekamy na swoją kolej ,,do spowiedzi” u pogranicznika. Nad budką wiszą zdjęcia dziesięciu jegomości, którzy żywi lub martwi poszukiwani są za zbrodnie 1994 roku. Twarze na ogół w okularach, inteligentne. Zapewne nie byli to zwykli siepacze z maczetami, a politycy, naukowcy, dziennikarze, być może księża. Można powiedzieć, że owa nacjonalistyczna inteligencja swoją mową nienawiści, podżeganiem wojennym zrobiła więcej szkód niż zwykły Hutu z karabinem czy maczugą w rękach. Intryguje wysokość nagrody za pomoc w schwytaniu sprawców, milion dolarów za każdego. To spora kwota jak na Rwandę. Dopełniam formalności jako pierwszy z naszego duetu i młody, miły pan pyta mnie o rezerwacje hotelową na terenie Rwandy. Gdy okazuje się, że nie mam, mówi mi grzecznie i z uśmiechem, że nas nie wpuści, bo takowa jest wymagana. Na nic prośby i najszerszy mój uśmiech na jaki mnie stać. Co jak co, ale japę to ja potrafię szeroko otworzyć. On również szeroko się uśmiecha i pomijając wzrokiem A. woła: ,,następny proszę”. I wtedy do głowy przychodzi mi genialna myśl. Z plecakowej przegródki na papiery i dokumenty wyciągam numer telefonu do Pascala. To nasz host w Kigali, z którym skontaktowałem się przez Couchsurfing. Mówię urzędasowi, że będziemy spać u tego gościa i niech do niego sobie zadzwoni, żeby potwierdzić. Kilka sekund temu mówiłem, że będziemy spać w hotelu, ale to już nie ma znaczenia. Dostajemy pieczątki wjazdowe. Wizy do Rwandy nie potrzebujemy, bo mamy wschodnioafrykańską, którą kupiliśmy na lotnisku w Nairobi. Kończą się swoiste zawody w szerokości uśmiechu, pozostała jeszcze tylko kontrola bagaży. 

   Na środku placu, stoi stary, masywny stół. Wkoło trochę błota, ale to nikomu nie przeszkadza. Bagaże poddawane są drobiazgowej kontroli. Przed nami młoda, piękna Ugandyjka, której trzepią dwie torby jakie posiada. To chyba jakaś handlarka pluszowych zabawek, bo to właśnie nimi zapełnione niemal w całości są jej bagaże. Ot tak na oczach tłumu, niemal gwałcona jest prywatność człowieka. Gapie patrzą jak zawstydzona kobieta ukrywa rzeczy osobiste typu bielizna przed wzrokiem ciekawskich. Nie podoba mi się to widowisko. Teraz na warsztat idzie mój plecak. Gawiedź wytrzeszcza gały, co też mzungu może mieć w środku. Okazało się, że wysypali na stół moje brudne rzeczy z reklamówki. Potem z plastikowej torby wywlekane są buty.  Z innej, jakieś zakupy, które poczyniłem w Kampali. Rekwirują mi je. To znaczy, te reklamówki plastikowe. Na teren Rwandy nie można ich wwieść. Powód? A nuż jakąś wyrzucę gdzieś na ulicy w Kigali. W tym kraju śmiecić nie można, to jest karalne. Nic, że buty, kawy, przyprawy, brudne ciuchy są teraz wymieszane razem. To już mój problem. Patrzę jak moja reklamówka z napisem REMA 1000 służy za kosz na reklamówki z innych bagaży. A niech ich chudy byk…
   
gdzieś w Rwandzie
    Wsiadamy do autobusu, który czekał aż wszyscy pasażerowie skończą graniczne ,,pierepałki”. Wjeżdżamy do Rwandy. Co za wspaniałe uczucie. Lubię ten moment i te przyjemne podniecenie, gdy przekraczam granicę i wjeżdżam do nowego kraju, w którym nie byłem. Kogo spotkam? Co się wydarzy? Jak będzie? Gdyby jakieś 5 lat temu ktoś mi powiedział, że będę po Rwandzie czy Ugandzie jeździł całkowicie swobodnie i na wielkim luzie autobusami, pomyślałbym, że gość się napił wódki czy szaleju, lub zażył sporą porcję dopalaczy. Jeszcze 3 lata temu nie widziałem, co to jest Couchsurfing. Dziś wjeżdżam do Rwandy bez najmniejszego cienia strachu, czy bojaźni. Wiem, że świat nie jest taki zły, jak go pokazują w telewizji. Nie da się tego wytłumaczyć ludziom znających go tylko z telewizyjnych, czy internetowych newsów. Tam pokazują tylko wojny, morderstwa, kataklizmy i zamachy. Przecież nikt nie pokaże łagodnie wschodzącego zza gór słońca, przyjaznych uśmiechów ludzi, wyciągniętej pomocnej dłoni tubylca do podróżnego. Jeżeli już, to tylko jako preludium do jakiejś tragedii, czy apokalipsy, która za chwilę ma się wydarzyć. Pokażą za to dramat, krew, łzy. To się sprzedaje i to są wiadomości przez duże W. Czasem dziennikarze kojarzą mi się z sępami lub hienami, które rzucają się na swoją ofiarę. Byleby jak najbliżej oczu, żeby pokazać jak najdobitniej, jak najbliżej cierpienie. Tego chcemy, my widzowie… i to się sprzedaje.
  
Mont Kigali, z biodra
    Jedziemy przez Rwandę kierując się na południe w stronę Kigali. Kraj to, jak mówiłem, górzysty i piękny. Najwyższy szczyt, Karisimbi sięga ponad 4500 m n.p.m. Rwanda, położona niemal w sercu Afryki, zwana jest krajem tysiąca wzgórz (Pays des Mille Collines). Powierzchnia jej to zaledwie 26 338 km kwadratowych, czyli mniejsza niż naszego województwa mazowieckiego, czy wielkopolskiego. Na tak małej powierzchni zlokalizowane są 3 parki narodowe, z czego najsłynniejszym jest Park Narodowy Wulkanów, położony tuż przy granicy z Demokratyczną Republiką Konga, słynący z występowania tam goryli górskich.
   
    Jedziemy tak przez tę Rwandę i podziwiamy świat zza przyciemnionych szyb autobusu. Czasem gdy jedzie się przez Afrykę krajobrazy przesuwające się za oknem są takie, że żadnej części ciała nie urywa, na przykład kenijska trasa z Nairobi w kierunku Mombasy. Ale tu w Republice Rwandy, urywa cztery litery jak najbardziej. Jest tu po prostu przepięknie. Tkwię z głową na szybie patrząc w zamyśleniu na mijane krajobrazy. A. tkwi na moim ramieniu. Jak na razie podoba nam się w Rwandzie.
  
przedmieścia Kigali
   Zaraz po wyjściu z autobusu, na dworcu w Kigali okrąża nas grupa kilku taksówkarzy. Wydajemy się dla nich łakomym kąskiem. Ale nam inny kąsek w głowie. Jesteśmy wściekle głodni, więc kierujemy swe myśli, potem wzrok, a na końcu kroki do jakiegoś dworcowego baru. Rozsiadamy się wygodnie wśród tłumu Rwandyjczyków i zamawiamy coś lokalnego z obrazkowej karty dań. W międzyczasie proszę jednego z najwytrwalszych taksówkarzy, który przylazł tu za nami, o możliwość skorzystania z telefonu. Dzwonię do naszego hosta z Couchsurfingu, że jesteśmy w Kigali i żeby nas odebrał z dworca, tak umówiliśmy się wcześniej przez Internet. Mamy kilkadziesiąt minut do jego przyjazdu, także pałaszujemy dobre jedzenie i popijamy dobrą kawą - ja, oraz dobrą herbatą - A.
   
tuż koło domu Pascala
   Pascal przybywa z rozpromienioną radością twarzą. To bardzo pozytywny człowiek. Zdążyłem się o tym przekonać wcześniej, korespondując z nim jeszcze z Norwegii. Mija chwila i jedziemy miniautobusem przez stolicę rozglądając się z ciekawością na boki. Pierwsze co rzuca się w oczy, to czystość miasta. Nie zaznasz na ulicy widoku śmieci, za to wzrok napotka kosze na nie. To niespotykana rzecz jak na Afrykę, czy Azję. Chcą z Kigali zrobić drugi afrykański Singapur, nic więc dziwnego, że taką wagę przywiązują do czystości. I tu i tam zaśmiecanie ulic jest karalne. Wysiadamy w dzielnicy Mont Kigali, są to przedmieścia miasta. Piękne, łagodne wzgórza pokryte zabudową. Domy są w stylu europejskim, z czerwonymi zazwyczaj dachami. Są to lżejsze nieco konstrukcje niż u nas, ze względu na brak zim. Robią jednak na nas miłe wrażenie. Spodziewaliśmy się nieco skromniejszych domów. Kolejne pozytywne zaskoczenie w podróży. Ciężko zliczyć ile już ich było. Ach, jakże inny jest obraz Afryki, szczególnie niektórych jej rejonów, z powszechnym postrzeganiem jej przez Europejczyków, którzy nie postawili stopy w tej części Czarnego Lądu. Schematy myślowe, uprzedzenia, strach przed nieznanym, nieufność, europocentryzm - te cechy charakteryzują wielu z nas. Trafiamy do domu naszych hostów, którymi są Epiphanie i Blaise Pascal. Dla ułatwienia mówimy do nich: Phanie i Pascal. O nich napiszę więcej w następnym poście, bo ludzie Ci są wspaniali i można się od nich wiele nauczyć. Mieszkają dość skromnie, w porównaniu z innymi w tej dzielnicy. Po małym, ogrodzonym wysokim murowanym płotem podwórku biegają wychudzone kurki. Na podwórku stoi hydrant, którego właścicielem jest Pascal. Co chwilę ktoś przychodzi z dwudziestolitrowymi bańkami na wodę, napełnia je, zostawia pieniążek w umówionym miejscu i wychodzi przez metalową bramę. Podwórko dzielą z drugą rodziną, która ma mieszkanie tuż obok. To właściwie taki bliźniak, kryty blachą falistą. Okazuje się dość szybko, że żyją z nimi trochę tak, jak nasi ulubieni bohaterowie, Kargul i Pawlak. Jedna i druga rodzina ma wychodek koło siebie. Ot, drewniana budka z wybetonowaną podłogą z dziurą. Stoi wiadro z wodą i na kołku leży rolka papieru. No, nie ma tak zwanego szału, przyznacie. Ale oba kibelki zamykane na kłódeczkę. Pascal daje nam kluczyk i prosi dość stanowczo, choć łagodnie o bezwzględne zamykanie po każdym użyciu tegoż kibla. Spędzimy tu dwie doby i zawsze będzie mnie to rozwalało. Pascal mówi, że chodzi o to, że sąsiedzi mają dwóch nastoletnich synów, a ci potrafią napsocić im w ich kiblu, więc trzeba zamykać.
,,A wy psocicie im w ich kiblu, bo oni też zamykają?”
Milczenie.



 
Phanie i A.

wtorek, 17 stycznia 2017

86. Krótka historia masakry


   


   Krwawy Tybet Afryki – Rwanda. Na dźwięk tego słowa skóra cierpnie wielu ludziom na świecie. Szacowne instytucje, takie jak ONZ czy Kościół katolicki okryły się tu wielką hańbą. 6 kwietnia 1994 rozpoczęła się trwająca około 100 dni rzeź setek tysięcy Tutsi i ,,umiarkowanych” Hutu. Zestrzelenie samolotu z prezydentami Rwandy i Burundi na pokładzie przez do dziś nieustalonych sprawców zapoczątkowały być może najbardziej krwawą formę ludobójstwa we współczesnym świecie. Tu nie było wyspecjalizowanych formacji typu SS, Gestapo czy NKWD, tu sąsiad zabijał sąsiada, mąż żonę, znajomy znajomego. Śmierć od kuli czy granatu była luksusem. Najczęściej zadawano ją maczetami, młotami i maczugami. Obcinano stopy, dłonie, palono ludzi żywcem w kościołach, dzieci chwytano za nogi i rozbijano im głowy o ściany domów lub drzewa. Śmierć, czym bardziej okrutna, poprzedzona długim konaniem, w oczach oprawców była ,,lepsza”. Często poprzedzały ją gwałty.
    
Kigali
   Minęło kilkadziesiąt lat i warto o tym co się stało w Rwandzie przypominać, chociażby po to, żeby uzmysłowić sobie do czego może prowadzić mowa nienawiści, przekłamywanie historii, manipulacje mediów. We współczesnym świecie widzę wiele analogii do wydarzeń, które miały miejsce w tym pięknym, górzystym kraju, a które zapoczątkowały tę rzeź. Wiele wstrząsających obrazów widziałem w Kigali, stolicy Rwandy, w jednym z najważniejszych (spośród licznych w tym kraju) muzeów ludobójstwa. Do czego zdolny jest zmanipulowany przez media i polityków człowiek, do jakich okropności może się posunąć i jak kruchy jest pokój. Ile wysiłku każdy pojedynczy człowiek powinien włożyć w to aby cedzić informacje wkładane mu do głowy. Dla większości ludzi na świecie pokój, obok zdrowia, jest rzeczą najważniejszą. Ale zawsze znajdzie się grupa polityków, biznesmenów, fundamentalistów czy szaleńców, która będzie chciała ten pokój zburzyć. Wiedzą oni, że: wojny nigdy nie umierają, one tylko zapadają w sen.
    


   Kiedyś, przed wiekami Rwandę zamieszkiwali Pigmeje Twa. Trudnili się oni myślistwem i zbieractwem. Stopniowo dołączali do nich inne ludy, mianowicie Tutsi i Hutu. Niewiadomo skąd dokładnie przybyli, ani kiedy. Wiadomo jedno, Tutsi byli hodowcami krów, natomiast Hutu zajmowali się uprawą ziemi. Z czasem stworzyli jeden naród Banyaruanda. Ryszard Kapuściński w książce Heban, nazywa to społeczeństwo kastowym a nie plemiennym. Wystarczyło, że Hutu kupił od Tutsi kilka krów lub się wżenił w rodzinę i automatycznie stawał się członkiem Tutsi. System ten funkcjonował przez wieki i dotrwał do XX wieku. Tutsi, stanowiący około 15 procent społeczeństwa, byli kastą ważniejszą, piastowali wysokie stanowiska, Hutu byli ich wasalami.
   
Przedmieścia stolicy ścielą się na wzgórzach
    Z początkiem dwudziestego wieku przybył do Rwandy pierwszy misjonarz chrześcijański Leon Classe, późniejszy biskup tego kraju. Uznał on Tutsi za superb humans (wspaniałe istoty). Był rok 1902. Kilkanaście lat później, ojciec Francois Menard uznał Tutsi za Europejczyków z czarną skórą. Jednak to urzędnicy z Brukseli, po przejęciu kolonii od Niemców prawdziwie skrzywdzili Rwandyjczyków. W swoim zamiłowaniu do ,,porządku”, polityki rasowej, unifikacji i papierologii utwierdzili podziały wprowadzając w 1933 roku stemple do dowodów osobistych z zaznaczoną przynależnością rasową. Stemple te przetrwały do roku 1994 będąc dodatkowym wskaźnikiem dla zabójców. Wpis w dowodzie ze słowem Tutsi (pochodzenie dziedziczyło się po ojcu) był wyrokiem śmierci dla wielu ludzi. Belgowie faworyzowali Tutsi aż do połowy XX wieku. Oni piastowali wysokie stanowiska, mieli łatwiejszy dostęp do uczelni i cieszyli się większymi przywilejami. Potem kolonizatorzy zmienili front. Zaczęli podburzać Hutu przeciwko swoim niedawnym panom. W roku 1959 doszło do krwawego buntu Hutu. Polała się krew Tutsi. Belgowie i Kościół katolicki zachowali neutralność, cicho przyzwalając na rzezie. Wielu Tutsi uciekło z kraju, uchodząc do sąsiedniej Tanzanii, Konga, Burundi, a przede wszystkim Ugandy. Władzę objęli Hutu na której czele stanął prezydent Juvenal Habyarimana. Następne 30 lat to stopniowa i postępująca dyskryminacja Tutsi, okresowe masakry i powstanie Hutu Power. Stworzyli oni i opublikowali w gazecie Kangura, oraz stale powtarzali w Radio Mille Collines (RTLM) niesławne 10 przykazań Hutu. Podobne 10 przykazań mieli ukraińscy nacjonaliści na Wołyniu w latach poprzedzających ludobójstwo. To na falach radia RTLM padło dobrze znane hasło: Ściąć wysokie drzewa, które dało początek apokalipsy w 1994r. Spośród ludności miast, miasteczek, bezrobotnych, studentów i urzędników utworzyli prorządową organizację paramilitarną Interahamwe (uderzmy razem). Ochotnicy odbywali tu szkolenie wojskowe i ideologiczne. Celem Interahamwe byli Tutsi, zwani przez Hutu – karaluchami. Zakupiono maczety z Chin za 750 tys. dolarów. To one głównie posłużyły do morderstw. ONZ powołał UNAMIR, misję pokojową pod dowództwem generała Romeo Dallaire, która miała pomóc w realizacji porozumień pokojowych w Aruszy i zapobiec ludobójstwu. Zaraz po rozpoczęciu masakr, UNAMIR został jednak odwołany. Rwanda została sama. Kościół się odwrócił, ONZ czmychnął, Belgowie i Francuzi (niedawni sojusznicy Hutu) milczeli. USA nie robiło nic, wszakże w Rwandzie nie było diamentów ani ropy. Poza tym, rok wcześniej zaangażowali się w wojnę w Somalii, gdzie ponieśli spore straty (tam była ropa i uran).
Tu działy się historie przedstawione w filmie: Hotel Rwanda
   


   Apokalipsa trwała 3 miesiące. Zginęło od 800 tys. do miliona Rwandyjczyków. Zakończył ją Paul Kagame, który jako dowódca Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego wkroczył z sąsiedniej Ugandy po latach spędzonych na uchodźstwie, gdzie sformował swoją armię złożoną z Tutsi. Do dziś jest prezydentem Rwandy.
   
    Trudno ogarnąć umysłem tragedię Rwandyjczyków. Żal mi ludzi, którzy chroniąc się przed posiekaniem maczetami szukali schronienia w kościołach. Wielu z nich znalazło tam śmierć. Praktycznie nie ma w Rwandzie kościołów nie splamionych krwią. Do nich należy również polska misja pallotynów w parafii Gikondo w Kigali. Kościół katolicki po latach zaprzeczania przyznał się w końcu do winy i przeprosił. Oczywiście byli księża i misjonarze którzy bohatersko, aczkolwiek na ogół bezskutecznie, bronili swe owieczki. Wielu jednak partycypowało w mordach w sposób pośredni lub bezpośredni. Byli tacy, którzy wraz z bojówkami Interahamwe przed zamordowaniem, gwałcili swoje ofiary.
    
Moi sympatyczni gospodarze u których znalazłem kąt do spania
  
   Wielu zagranicznych księży i misjonarzy, uciekło przed rozpoczęciem masakr lub zaraz po ich rozpoczęciu. Trudno się temu dziwić, nikomu wszak do nieba nie śpieszno, nawet kapłanom. Poza tym łatwo ocenić i krytykować z pozycji wygodnego, ciepłego fotela. Nikt nie wie jak sam by się zachował będąc na ich miejscu. Nawiasem mówić, dzisiejszy arcybiskup Henryk Hoser, który był w Rwandzie przed 1994 rokiem, wrócił tam zaraz po aktach ludobójstwa. Ziemia była jeszcze ciepła od krwi. Może tam doszedł do swoich wniosków, które do dziś głosi, że w czasie gwałtu, z powodu stresu zajście w ciążę jest prawie niemożliwe. W Rwandzie, przed masakrami zajmował się między innymi upowszechnianiem naturalnych metod planowania rodziny. Dziś angażuje się w ochronę życia. Nie chcę być złośliwy, ale szkoda, że w tę ochronę nie angażował się w Rwandzie przed kwietniem 1994.
 
Przed Kigali Genocide Memorial Centre. Tu pochowanych jest 250 000 osób
w szkole

   O ludobójstwie w Rwandzie dużo się dowiedziałem będąc w Kigali. Czytałem książki Ryszarda Kapuścińskiego, Dariusza Rosiaka, czy Wojciecha Tochmana (Dzisiaj narysujemy śmierć). Powstało też kilka mocnych, dobrych filmów na ten temat, które oglądałem i polecam, m.in. bardzo znany, hollywoodzki Hotel Rwanda. Nie mniej ciekawe, a według mnie jeszcze lepsze są: Czasami w kwietniu, Strzelając do psów, Podać rękę diabłu, czy Kinyarwanda. Ten ostatni dostępny jest chyba tylko w wersji anglojęzycznej.



   Historia (nie tylko Rwandy) uczy, że wojna czyni z ludzi bestie. Wojna totalna, czyni z ludzi totalne bestie.


 
Kigali to chyba najczystsze miasto Afryki. Śmieci na ulicach nie ma

Na przedmieściach Kigali domy otoczone są wysokimi płotami. Może to strach?

środa, 11 stycznia 2017

85. W stronę Rwandy



26,27.10.2016

    Rano wyjeżdżamy z Fort Portal. Naszym celem jest miasto Kabale położone na południu Ugandy, w niewielkiej odległości od granicy z Rwandą. Jedziemy niemal cały dzień w zatłoczonym busie (matatu). Pogoda piękna, widoki również. Co się rzuca w oczy w Ugandzie, oprócz wiecznej zieleni? Przede wszystkim matoke. Z tym kojarzy mi się ten zakątek świata. Małe zielone banany przewożone na rowerach, motorach, pakach pick-upów. Noszone na plecach, w rękach, na głowie. Wszędzie widać ludzi z potężnymi kiściami matoke. To podstawa wyżywienia tutaj. Ugandyjczycy podobno zjadają najwięcej bananów na świecie. Nie tylko zjadają, ale także je wypijają. Nie sposób nie wspomnieć o popularnym piwie i winie robionym z bananów. Jest trochę problemów z alkoholizmem w Rwandzie i Ugandzie. Między innymi przez łatwą dostępność trunków sporządzanych z tych owoców.
   
jeszcze kilka ujęć z Ugandy



   Rzucają się w oczy również krowy. Jeżdżąc po Polsce też je często widzimy na pastwiskach, ale tu w Ugandzie jaki i w ościennych krajach krowy Sanga są zupełnie inne. Są dla nas, białych, fantastycznie egzotyczne. Powodem są ich wielkie rogi czasem przekraczające pół metra. Występują tu różne rasy tych krów, ale w większości charakteryzują się one wieeelkimi rogami. Są stadka małe, złożone z kilku sztuk, ale czasem trafia się widokowa gratka w postaci ogromnego stada z rogami do ,,nieba bram”. Cały czas chcemy zrobić jakąś sensowną fotkę, ale, albo za późno się orientujemy, albo nie ma jak się ruszyć, albo jakieś drzewa lub krzewy (bananowce to też krzewy), albo ,,jeszcze zdążymy”.
    




   W okolicach Parku Narodowego Królowej Elżbiety obserwujemy trochę dzikiej zwierzyny. Pasą się zgrabne antylopy, przechadzają się po szosie ciekawskie małpy leniwie ustępując drogi naszemu busikowi.
    



    Droga jest miejscami w kiepskim stanie, także podróż trwa stosunkowo długo. Uganda jest mniejsza od Polski. Jej powierzchnia to ok. 236 tys. km kwadratowych. Polski (dla przypomnienia) to 312 tys. Mimo, że podróż trochę trwa, nie nudzimy się. Zawsze jest coś ciekawego za oknem, a czasem nawet w samym busie. Obok mnie siedzi czerstwy starzec w zabawnej czapeczce. Duch jakby z niego już się powoli ulatniał, taki stary. Siedzi poważny, zamyślony, nieobecny. Ale gdy tylko zadzwoni jego telefon, jakby drugie życie w niego wstępowało. Rozmawia podniesionym głosem, żywo gestykulując. Z oczu sypią się iskry i widać, że rozmowa sprawia mu wielką przyjemność. Pewno wiele w życiu widział i przeżył w tej Ugandzie, przechodzi mi przez myśl.
   




   Po południu dojeżdżamy do Kabale, miasta wielkości Kołobrzegu. Do granicy z Rwandą jest lekko ponad 20 km. Hotel znajdujemy po około 20 sekundach od wyjścia z matatu. Skromny, żeby nie powiedzieć biedny przybytek ze sporą ilości pokoi i restauracją urządzoną na ubogo. Miło w każdym razie wyprostować nogi. Wypełniam formularz, zostawiamy bagaże w pokoju i zamawiamy coś do jedzenia. Frytki, jakieś mięsko, sałatki, Tusker, herbata. Ceny przyjazne dla kieszeni.
    

   Z nieba runął rzęsisty, równikowy deszcz. Znowu jesteśmy na półkuli południowej, ale do linii samego równika jest wszak stąd niedaleko. Pod małym daszkiem, na zewnątrz hoteliku zebrała się kilkuosobowa grupka tubylców. Chcą przeczekać wymuszony zimny prysznic. Gdy jem swój zasłużony obiad, po niemal całodniowym poście, siedząc przy sznureczkach koralików, które służą za drzwi, trzech młodych facetów przygląda mi się chyba z piętnaście minut. Nie odrywają ode mnie wzroku. Śledzą każdy ruch widelca, śledzą każdy ruch jabłka Adama przy kolejnym łyku browara. To zabawne i dziwne, ale to mi w ogóle nie przeszkadza. Przecież w Europie bym tego nie zdzierżył. Jak to do wszystkiego można się szybko przyzwyczaić. Dobrze, że szczęściara A. siedzi trochę głębiej w czeluściach knajpki i jest mniej widoczna z ulicy. Deszcz jak nagle się pojawił, tak szybko ustał. Idziemy pokręcić się trochę po miasteczku, ale dość szybko wracamy z powodu nadchodzących ciemności. Ludzie patrzą na nas dość podejrzanie. Te nadgraniczne miasta w Trzecim Świecie są chyba specyficzne. Ktoś proponuje taksówkę do granicy z Rwandą, ktoś proponuje ,,gorilla treking”.
   
Kabale
    Wieczorem dopada nas jakiś smutek i lekkie przygnębienie. Znowu leje deszcz. Kupujemy w sklepie za równowartość 4 złotych 200-ml butelkę whisky. Colę mamy. Bierzemy zimny (z konieczności) prysznic w prymitywnej łazience i lulu.
   
   Rano próbujemy dostać się do Kigali w Rwandzie. Wszędzie namawiają nas na taksówkę do granicy. Tam mamy przejść pieszo przez odprawę i dostać się po drugiej stronie inną taksówką bezpośrednio do Kigali. Podejrzewamy, że wyjdzie nas ta impreza za drogo. Z pewnością nas naciągną. Zapytać za bardzo nie ma kogo. Żadnych mzungu nie ma a kasa biletowa na przystanku autobusowym jeszcze zamknięta. Kręcą się przy nas tylko taksówkowi naganiacze. Wpadam na pomysł zapytania osobę postronną. Podchodzę do jegomościa z kałasznikowem w rękach. Kto jak kto, ale stróż porządku mnie nie będzie chyba naciągał na taksówkowy przekręt. Gość ubrany w obszarpany, rzekłbyś, dziadowski przyodziewek, ale wspomaga nas dobrą radą. Pokazuje miejsce oddalone o kilkaset metrów gdzie możemy złapać przelotowy autobus bezpośrednio do Kigali. Idziemy odprowadzani wzrokiem naganiaczy. Wzrok to cokolwiek chłodny, jak wczesny (mimo, że równikowy) poranek na tej wysokości (2000 m n.p.m.)
   
Żuraw koroniasty z flagi Ugandy
   Już po chwili siedzimy w pustawym (!) autobusie z mocno przyciemnianymi szybami. Kilkanaście minut mija i wjeżdżamy w błotnistą przestrzeń z kilkoma budynkami. To Katuna, granica ugandyjsko-rwandyjska.