Polecany post

59. Książka: Banany i cytrusy, czyli jedź do Azji.

piątek, 26 września 2014

7. Lubię Bangkok


30.11.2013

    Jak to piękne wstawać rano i nie biec do okna by sprawdzać jak jest za oknem. Jest albo 30 albo 31 stopni. Teraz, w porze chłodnej. Jak to pięknie wstawać rano i nie szukać pod łóżkiem stojących skarpetek. Leżących, przepraszam. Wiadomo, nie będą potrzebne. Gdy wylatywałem z Oslo miałem 2 pary, jedną wyrzuciłem po przyjeździe tutaj,  drugą mam w plecaku. Przydadzą się gdy  będę wracał do Europy. A propos jutro oddam do pralni, których tu sporo, trochę swoich rzeczy, których tu mało. Pojutrze  opuszczę Syjam i  wjadę do tajemniczych Indochin. Warto mieć  te parę rzeczy wypranych i wyprasowanych.
   Wstajemy, ogarniamy się i idziemy na późne śniadanko. Kawka dla mnie, pad thai  z kurczakiem dla Mosquito, bo taki pseudonim nadałem mojej nowej tajskiej przyjaciółce.  I obserwacja ulicy, czyli to co lubię tu robić. Obok nas sklepik 7 eleven, które tu w Tajlandii są liczne. I dobrze, są pożyteczne. A przed sklepem? A przed sklepem - Domek Dla Duchów. Mój ulubiony tajski temat. Pozwólcie, że trochę o tym opowiem. Przeciętny zjadacz pad thaia jest mocno religijny i ma wielki respekt dla duchów (phi). Można powiedzieć, boi się. Ich mocy, złośliwości  i tego co go może spotkać, gdy ich nie uszanuje. Phi mogą być dobre lub złe, ale nie wiedzieć czemu, te kobiece duchy bywają szczególnie wredne. Jeśli chcą. Więc zanim się wybuduje jakąś budowlę w Tajlandii i kilku innych krajach Azji  Płd-Wsch, trzeba wybudować im koniecznie domek (san phra phum). Obojętnie czy buduje sie dom, sklep, hotel, restaurację  czy  cokolwiek najpierw trzeba zatroszczyć się o duchy, którym zakłóca się spokój wznosząc budowlę i udobruchać  je. Domki te są bogato ozdabiane girlandami kwiatów, figurkami zwierząt, świeczuszkami, trociczkami, itp. Ale najważniejsze są dary, które duchom należy składać. Więc  trzeba wykładać jedzenie, np. ryżu kupkę, skrzydełko kurczaczka, bananka czy jakiś inny owoc. Oczywiście duchy muszą się też napić (jako i ludzie). Wystawia się im więc napoje (np. Fantę w butelce) koniecznie ze słomką, żeby się duchom wygodnie gasiło pragnienie. Najmilej dla duchów gdy napój jest czerwony. Trzeba zapalać kadzidełka. Lubią to bardzo. A ha, kwiaty są najlepsze, gdy mocną pachną. To też lubią. Regularnie składane ofiary obłaskawiają duchy i w otoczeniu jest po prostu spokój. Powiem więcej, phi zaczynają się darczyńcami opiekować.   
     I tak oto siedzimy z Mosquito przy śniadanku i patrzymy jak tajska klientka  wychodzi ze sklepu, podchodzi do domku, otwiera butelkę napoju, wkłada słomkę i stawia na cokoliku. Zapala kadzidełko, chwila zadumy, modlitwy i wraca do swoich spraw. Przekozackie. Tym bardziej, że oni w to naprawdę wierzą. Że duchy piją, bo ubywa w butelce, przecież. ,,Jakie parowanie?, to niedorzeczne, wy w Europie nic nie rozumiecie".Że  jedzą, bo przecież czasem na drugi dzień skrzydełka nie ma. ,,Koty? Kot jedzenia dla duchów nie ruszy’’. Rozbrajające. Przeciętny zjadacz schabowych nie wierzy w takie duchy. Ale czy tenże wierzy jeszcze w cokolwiek?
    Śniadanko zjedzone, jedziemy zwiedzać.
    Świątynia Wat Pho (Leżącego Buddy), jedna z najstarszych i największych w Bangkoku jest naszym celem. Z XVI wieku. Nie będę się powtarzał o przepychu i bogactwie. Jest znana, jak wskazuje nazwa, z leżącego Buddy w stanie nirwany. Jest tu ponad 1000 posągów Buddy (nie liczyłem), ale turyści chcą zobaczyć  ten wielki. A jest zaiste wielki. Wysoki na 15 metrów, długi na 46 (choć nie mierzyłem), z pozłacanego gipsu. Odrąbałem kawałek gdy nikt nie patrzył,  to wiem.
No dobrze, to taki żarcik. Nie miałem przecież z sobą siekiery;). Jest pawilon  masażu, gdzie można ,,się wymasować’’ lub zapisać na kilkudniowy kurs masażu tajskiego. Są piękne chedi (wieżyczki) z  prochami królów i ich krewnych. I pełno tu kotów, dość  wychudzonych i ……. jakiś takich uduchowionych. Są niebywale łagodne i kompletnie nie są namolne. Nasze katolickie koty są jakieś inne. ,,Łakomsze''. Bardziej mi się tu podoba niż w Wielkim Pałacu, bo mniej ludzi i brak krzykliwych, japońskich wycieczek.
    Wracamy do domku, czyli hoteliku na Rambuttri, odświeżka i już eksplorujemy wąskie zakamarki  starego Bangkoku.  Trzeba coś zjeść. Może banany? Może cytrusy? A może banany i cytrusy?;) Kupujemy banany. Są pyszne, choć  z wyglądu są jak ja, nie za specjalne. Ale gdy się spróbuje to nie to co te w Europie. Chemiczne i zagazowywane, żeby dojrzały. Pierwszy raz w życiu widzę kawę jak rośnie sobie przy chodniku ulicznym.
I cieszę się. I ……. i jak fajnie nie tracić chłopięcości, która jeszcze we mnie się kołacze. Mówią, że przeciętny człowiek umiera w wieku lat 20, a potem kilkadziesiąt czeka na pochówek. Ja chcę żyć ……. aż do śmierci. Spacerując zatoczyliśmy spory łuk i wracamy na naszą uliczkę. Decydujemy się na masaż rybi - fish spa. Wkładamy nogi do sporego zbiornika z wodą (jakby akwarium) i małe rybki wyskubują nam martwy naskórek. Łaskotki trochę mi przeszkadzają początkowo, ale szybko się przyzwyczajam i.…… i tak się śmiejemy.
Zrobiło się ciemno, teraz leżymy na leżaczkach na chodniku przy ulicy z piwkami w rękach. Panie wykonują nam masaż stóp. W rzędzie jest około 30 leżaczków i wszystkie prawie zajęte. Jest gwarno jak w ulu, wesoło, hałaśliwie. Chadzają Indianki i sprzedają drewniane żaby, które wydają charakterystyczny żabi dźwięk gdy się je pociera o grzbiet pałeczką. Ulica przygotowuje się do ,,nocnych występów’’. Jest około godz. 20, ale już sporo ludzi jest kompletnie pijanych. To głównie Anglicy. Ale to nie są angielscy dżentelmeni, o nie.
Córy i synowie Albionu wiodą prym w ,,pijackim rzemiośle’’ w Bangkoku. Wieczorami zataczają się po ulicach, rankami śpią na chodnikach, przy stolikach, pod stolikami i gdzie popadnie. Zabierają miejsce prawowitym mieszkańcom tych rejonów, kotom i szczurom, które tu chyba żyją ze sobą w symbiozie. A swoją drogą to dlaczego my Polacy przejmujemy się, że mamy opinię ,,gorzelanych’’. Myślę, że inni mają gorszą i bardziej na nią zasługują, choć to pewno marne pocieszenie. I jeszcze jedno, tak na marginesie. Tych śpiących Angoli  nikt nie okrada.
    Niechby tak spróbowali pokimać w Polsce.
   Po masażach czas na kolację. Jem, oczywiście, rybę z grilla, Mosquito małże. Jedzenie pyszne i bardzo tanie. Na Khao San Road leci muzyka live. Azjata śpiewa a z playbacku lecą kawałki The Doors, The Rolling Stones, The Beatles i innych ponadczasowych kapel rockowych z przedimkiem the. Dosiadają się do nas inni. Cały świat tu jest wymieszany. Wesoły nastrój. Palą się szisze. I nie tylko. Chwilo trwaj. Jest zaje….. Kończymy nad ranem. Angole drzemią smacznie na  chodnikach, gdy idziemy niespiesznym krokiem lulać.
    Kolejny dzień jest podobny. Zwiedzamy, spacerujemy po Bangkoku, wozimy się po Menamie tramwajami wodnymi i robimy inne przyjemne rzeczy. Ale wieczór spędzam sam. Mosquito idzie nazajutrz do pracy, ja wyruszam do Kambodży. Żegnamy się.
    Wieczorkiem grzecznie masaż stópek. Obok mnie masowana jest Szwedka, rozmawiamy, śmiejemy się, chyba mnie wyrywa. A może ja nie jestem taki pasztet? To biorę jeszcze jeden masażyk ….. i piwko. I kolacja.
Wąska uliczka Bangkoku
Wieczór nie jest jednak tak szalony jak poprzednie. Muszę odpocząć. Jestem skonany. Idę o północy się spakować, kąpiel …..i nie mogę zasnąć. To pochodzę po hotelu. Byle nie wyjść na ulicę, tam za dużo pokus. To sobie chodzę.  Patrzę a na dachu hotelu jest basen. Kurka, dopiero teraz zauważyłem,  po 4 dobach. Alem bystrzacha. Dobranoc.






P.S. Nie, nie czepiam się Anglików. Piszę subiektywnym okiem o tym co widzę. A kawałeczek mojego serca na zawsze pozostał w Bradford.

                                                                                    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz