Polecany post

59. Książka: Banany i cytrusy, czyli jedź do Azji.

piątek, 3 października 2014

8. W Czwarty Świat

02.12.2013

   
   O 6 rano pobudka. Prysznic, potem myję zęby. Wypłukuję resztki pasty wodą mineralną z butelki. Żeby uniknąć ewentualnych chorób lub żołądkowych sensacji nie używam wody z kranu. To rankami, natomiast wieczorami ,,kozakuję’’ płucząc byle czym, czyli …wodą z kranu.  Chyba wiadomo dlaczego? Prawa Bangkoku. Dobrze, że stąd wyjeżdżam. Odbieram 1000 bahtów depozytu i już kawkuję przed hotelem, czekając na busa.  Przede mną nowa przygoda, nowa podróż – do Kambodży, do jednego z najbiedniejszych krajów współczesnego Świata.   
    Kraju o strasznej historii, która działa się nie tak dawno, bo za mojego życia. Kraju, gdzie jeszcze w ziemi  zakopanych być może ok. 2 mln min przeciwpiechotnych, tak mówią szacunki. Kraju, gdzie miesięcznie kilkaset osób jest ofiarami  tych min i  gdzie jest stosunkowo najwięcej kalek na świecie, w tym, niestety,  bardzo dużo  dzieci. Czy wytrzymam? Czy dam radę? Czy nie pękną oczy? Czy nie pęknie serce? Takie oto mam dylematy taty, żegnając Bangkok, bo w międzyczasie bus podjechał i mnie zabrał spod hotelu. Wyjeżdżam z gościnnego Bangkoku.  Baaardzo gościnnego, za bardzo gościnnego, rzekłbym. Jedziemy w kilka osób busem do granicy z Kambodżą. Bilet kupiłem 2 dni temu w biurze podróży obok miejsca zakwaterowania, jak mawiają żołnierze. Bardzo łatwo i tanio się podróżuje po Tajlandii. Biur jest pełno, tras wiele, ceny przyjazne, środki transportu zróżnicowane. Najpierw jadę do Siem Reap w Kambodży, jak większość turystów chcę zwiedzić legendarne ruiny Angkoru. Nie można jednak się tam dostać bezpośrednio jednym pojazdem. Bilet kupuję się łączony, tzn. do granicy busem, a od granicy taksówką lub innym busem, do wyboru. Przy rozpoczęciu podróży doczepiają człowiekowi karteczkę w klapę;) podkoszulka i gotowe. Po drugiej stronie granicy, już w Kambodży patrzą na karteczkę i pakują do następnego środka transportu. Różne kolory karteczek to różne miasta i środki transportu. System jest prosty i działa bez zarzutów. Granicę trzeba przekroczyć pieszo. Nie ma rady. Podobno jest tam hardcorowo. Się zobaczy.   Wybrałem droższą wersję z taksówką a i tak jest ceno-znośna.
     Jedziemy. Ruch lewostronny. Jak zwykle chłonę krajobraz za oknem. Dominują pola ryżowe. Grudzień, a tu soczysta zieleń pól. Szosa super. Mam wrażenie, że drogi lepsze niż w Polsce, auta na pewno. Sporo pięknych terenówek. Dominują Toyoty Hilux, jedyne auta które darzę jakąś estymą. Przede mną siedzą 2 młodziutkie turystki z Japonii. Przez 3 godziny robią sobie sweet focie smartphonami i się z tych fotek śmieją. Buzią robią dziubek, cyk, hi hi, dziubek, cyk, hi hi, dziubek, cyk, hi hi. Nie przesadzam. Kur…czasem się cieszę, że nie jestem już nastolatkiem. Przez ten czas mogłyby przeczytać cały Internet w tych smartphonach. No, prawie cały. Zjeżdżamy na stację benzynową. Duży plac parkingowy.Idę. Na środku dostaję zawrotów głowy. Magnez się w Bkk-u wypłukał. Z organizmu, znaczy. Tak mam. Kibelki. Wchodzę, robię swoje. WTF?! Papieru nie ma. A mówiła mama, że w podróży chusteczki to trzeba mieć. Mogłem jednak posłuchać. Co robić ? Jest  tylko pojemnik na wodę i zielona chochelka (polewaczka). No nic. Załatwiłem sprawę…na Azjatę. Zakupuję coś na ząb i jedziemy dalej, ku granicy. Jeszcze jeden postój przed granicą. Papu, siku, kaku i jedziemy do jakiegoś konsulatu, czy coś w ten deseń, dosłownie 3 lub 4 kilometry przed granicą. Kierowca nam każe iść i wyrobić wizy wjazdowe do Kambodży. Wchodzimy, a tam 0 ludzi. Na ścianach portrety króla Tajlandii, Kambodży, godła, flagi. Na bogato i urzędowo. Ale wietrzę podstęp. Prawidłowo, wiza do Kambodży kosztuje 20 dolarów. Nieprzekraczalne! Tu chcą 1000 bahtów (100 zł). To szwindel o którym czytałem na blogach przedtem. Inni chyba też. Odwracamy się na piętach i do busa. ,,Jedź’’, do kierowcy. Jedzie do samej granicy i każe nam iść do już prawdziwego konsulatu. Ale tam to samo. Szwindel. Kierowca patrzy nam w oczy i nawet mu nie jest głupio, że nas chciał przekręcić. Olewamy go w końcu , bierzemy plecaki, torby, kto co ma i idziemy w stronę granicy. Poznaję Mika, Amerykanina z Hawajów. Od tej pory postanawiamy się trzymać razem i jakoś przetrwać najbliższe godziny. Mike ma mandolinę i mały plecaczek. Jedzie zwiedzać Angkor - najsłynniejsze miejsce  w Kambodży.
    W końcu trafiamy we właściwe miejsce. Dajemy paszporty. Celnicy chcą 20 dolarów i 100 bahtów. Ludzie dają, Mike też, ja nie. Pokazuję nad okienkiem cenę 20 dolarów i mówię, że tyle tylko dam. Nie dam łapówki, choćby mnie mieli tu potrzymać ze 2 godziny dodatkowo. Nigdzie się nie spieszę. Celnik mówi, że była podwyżka, ale nie zdążyli tabliczki zmienić. To ja mówię, że poczekam aż zmienią. Machnął ręką, oczywiście. Korupcja jest tu wszechobecna i niemal jawna.  Mam wrażenie, że te chuje to pociotki Czerwonych Khmerów. Mają bryki takie, że większość w Polsce nawet nie marzy o takich. Dalej idziemy do następnego budynku, stoimy w długiej kolejce dla obcokrajowców. W koło bieda, aż w oczy kole. ,,Ciągną swoje wózki - dwukółki" biedacy. Wielu lokalsów w maskach na twarzach. Na ścianie zdjęcie traktujące o pedofilii, wielkim problemie tego kraju. Stoimy w tej kolejce ze 2 godziny. Zaduch, gorąco. Zdejmują odciski palców, formalności cała masa. W końcu jesteśmy i dowożą nas na jakiś przystanek - poczekalnie kilometr dalej. Czekamy na taksówkę. Z godzinę mamy czekać. Mike gra na mandolinie. Luz, nigdzie się nie spieszymy. Idę się wysikać do kibelka, a tam ... WTF?!
W pisuarze, jak w wielkim drinku. Duże kostki lodu i pokrojone połówki limonek. Lecę po aparat, bo muszę to sfotografować, wracam,  ale pisuar zajęty. Robię zdjęcie innego, obok. Tam były tylko plasterki limonek, nie było już lodu. Khmer patrzy na mnie jakoś dziwnie i uśmiecha się. Też dziwnie. A ja się uśmiecham do niego.








   W końcu ładujemy się do taksówki. Jest komplet, kierowca i 4 pasażerów. Przed nami  150 km wyboistej drogi. Witaj Czwarty Świecie, co jeszcze do niedawna uznawany byłeś za Trzeci Świat. widoki za oknem bardzo egzotyczne. Wielkie wozy z worami, wozy z kobietami wracającymi z pól ryżowych. Kobiety ubrane niezwykle kolorowo, rzekłbyś pięknie. Jadą na wielkich furach ryżu, czasem są rozśpiewane. Mijamy małe wioski  pełne biegających dzieci, budek przygranicznych handlarzy.
    Dużo śmieci wokół, niestety. Ruch prawostronny. Rowery, motorowery, traktorki, nowoczesne auta, pick upy, potrąbywania i przeciągłe trąbienia. Kto większy, ma głośniejszy sygnał, ten jest szosy królem. Mniejsi, cichsi - z drogi. A przy drogach, jak to w krajach trzecich i czwartych- mnóstwo reklam. Tandetne reklamy, bilbordy, tablice. Mętlik totalny. Jak, nie przymierzając , w pewnym nadwiślańskim kraju. Mieszkam w Norwegii, gdzie tego typu reklamy są zakazane, choćby ze względów bezpieczeństwa, ochrony krajobrazu i ogólnie pojętej estetyki. W Polsce mamy piękne restauracje, hotele, w nich błyszczące czystością toalety, a przy drogach…łoo bossshhhe. Jak w Kambodży, tylko że przy drogach topole zamiast palm. Przylatuję do Polski, jadę z lotniska w Gdańsku do Kołobrzegu  i już po paru kilometrach chce mi się wyć. Przy drogach reklama na reklamie, bilbord na bilbordzie, plastik, płachty i ch… wie co jeszcze. Oto jegomość, dajmy na to Józio, co ma pole koło Wejherowa, panie, bierze swoje gumofilce, panie, odrywa z garażu sąsiada za pół litry, panie, kawał blachy, poświęca toto u księdza, panie, kradnie słupki w lesie i już wbija w swoje pole, panie,  przy krajowej 6. I farbą kreśli: ,,PALETY SKÓP  TEL. 0047 99859809". Jeszcze tylko obkosi ,,trochu rzepaku, co by z drodzi lepij było widzić" i gotowe. A możno - kurwa - władcy gdzie? Decydenci gdzie? Dlaczego sobie na to pozwalamy? Dlaczego sobie to  robimy? Gdzie estetyka jakaś? Ale nie będę polityki tu wtrącał. Nie chcę. Ten blog nie o tym. Ale i tak się lekko zdenerwowałem, nawet pisząc o tym. Przepraszam.
Bilbord w Kambodży.

   A ha, jeszcze a propos topól przy drogach. One chyba po to, żeby ludzi więcej naginęło? Potem nastawiamy przydrożnych  krzyżyków, pomników itp. Za 30 lat przyjedzie ktoś np. z Kambodży i napisze na swoim blogu o Polsce: ,,Ależ  wielki cmentarz". Ja, w razie draki, nie chcę swojego pomnika w rowie. I tyle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz