Polecany post

59. Książka: Banany i cytrusy, czyli jedź do Azji.

poniedziałek, 7 września 2015

52. Pociągiem przez Chiny

 18.05.2015
    


    Dziś pobudka o 5.30. Gospodarze odwożą mnie o 6.00 windą kilkanaście pięter w dół. Żegnamy się, a ja zajmuję miejsce w taksówce, która stała akurat przed blokiem. Nie trzeba było nawet machać na liczne, przejeżdżające obok samochody. Jadę w kierunku Dworca Xi Zhan, skąd wyruszę pociągiem do miasta Nanning na południu Chin. Pogoda słoneczna, choć w Pekinie widać już wyraźny smog, który jest w tej metropolii wielkim problemem. Smog, czyli mgła wzmocniona przez dym, to skutek działalności człowieka, ale tu w Pekinie, to również efekt pyłów i piasków docierających z Mongolii Wewnętrznej i pustyni Gobi. Podczas mojego pobytu nie czułem go i nie widziałem, ale Dorota opowiadała mi jak bardzo potrafi dać mieszkańcom w kość, czy raczej w płuca. 
    Ruch na wielopasmowej drodze jest wielki, a ja z okien taksówki odruchowo liczę wyprzedzane rowery. Podobno jest ich tu dziewięć milionów, tak przynajmniej twierdzi Katie Melua. Po kilkunastu rowerzystach tracę rachubę i zainteresowanie, a po kilkunastu minutach dojeżdżamy na dworzec. Płacę taksówkarzowi, któremu na samym początku kursu pokazałem swój bilet na pociąg, żeby nie było nieporozumienia na który dworzec ma mnie zawieść. Mam nadzieję, że doczytał te ich krzaczki prawidłowo i jesteśmy pod właściwym.

moja poczekalnia
Wchodzę do budynku dworca, gdzie zostają zeskanowane moje bagaże i przechodzę przez bramkę z wykrywaczem metali. Jest właściwie niemal jak na lotniskach. Na głównej zatłoczonej sali, z tablicy orientuje się do której poczekalni mam iść. 2 perony mają swoją jedną poczekalnię i tam trzeba się udać w oczekiwaniu na swój pociąg. Dopytuję jeszcze dla pewności policjanta, któremu podtykam pod nos swój bilet w formie małego, niebieskiego kartonika, czy to na pewno ta właściwa. Potakuje głową, więc wchodzę dziarsko na salę i rozsiadam się na jednej z długich ławek. Mam godzinę do odjazdu. Wszystko odbyło się bardzo szybko i sprawnie, więc godzinę trzeba poczekać. Chodzę trochę po stoiskach spożywczych, odwiedzam jeszcze pekiński, dworcowy sraczyk i znowu siedzę na ławce. Dwadzieścia minut przed odjazdem pociągu tablice świetlne wzywają pasażerów do bramek. Pasażerowie ustawiają się w kilka kolejek i pojedynczo wchodzą wkładając swój imienny bilet do czytnika. Wchodzimy na peron i od razu do pociągu, który już stoi podstawiony. Na peronach tu się nie czeka, takie są zasady. Nasza ,,Luxtorpeda”, oznaczona jest symbolem G, czyli pojadę najszybszym i najwygodniejszym pociągiem w Chinach. Numer miejsca mam napisany na bilecie, ale nie trzeba być biegłym ani w chińskim, ani w angielskim - konduktorka wskaże. Cieszę się, bo moje miejsce jest przy oknie, więc obejrzę sobie kawał Chin przez szybę pociągu. Bilet kosztował 914 juanów, co jest dość wysoką ceną, ale wydaje mi się, że warto choć raz w życiu przejechać się takim cackiem. Lśni tu czystością, pachnie komfortem. Obok mnie usadawia się młody chłopak a na kolejnym fotelu, równie młoda Chinka. Natychmiast łapią za swoją elektronikę, a ja łapię… dobry nastrój. Wszystko to wydaje się skomplikowane na początku, a w rzeczywistości jest bardzo proste. Pociąg zapełnia się w około 80 procentach pasażerami i punktualnie o 7.30 rusza. Chciałoby się powiedzieć ospale i ociężale, jak w bajce Tuwima, ale nic z tych rzeczy. Po kilku sekundach jedzie stówą, po kilku następnych 200, a zgadnij drogi czytelniku, ile jedzie po kilku następnych sekundach? Prawidłową odpowiedź podam za kilka zdań.
    Odległość z Pekinu do Nanning to ponad 2000 kilometrów w linii prostej, odległość kolejowa, nie jest mi znana. Wiem, że zobaczę dziś Chiny na wielkim obszarze, różne strefy klimatyczne, tereny nizinne jak i górskie, całą różnorodność krajobrazów. Z metą w tropikach. Cieszę się na ten dzień. Wielce.
    Podaję odpowiedź na postawione wyżej pytanie. Jedziemy 200 km na godzinę. Jesteśmy wszak ciągle w Pekinie, więc obowiązuje ograniczenie prędkości J Turlamy się tak jakiś czas. Ogrom Pekinu zdumiewa mnie. Podoba mi się, ale nie chciałbym w nim mieszkać, jak zresztą w żadnym z wielkich miast. Duszę mam wieśniaka, ot co. Wielkie miasta - nie dla mnie.
    Sąsiad mój ogląda jakieś chińskie sitcomy na swoim elektroniczny gadżecie, który nie wiem nawet jak się nazywa. Połączenie laptopa i komórki, w każdym razie. Co chwilę zanosi się śmiechem. W pociągu jest mnóstwo monitorów, na których lecą bezgłośne (na szczęście) reklamy, których nikt tu nie ogląda. Ludzie drzemią, jedzą chińskie zupy z makaronem z wielkich plastikowych pojemników, albo robią to co mój sąsiad. Nie ma w Chinach, jak pisałem wcześniej, dostępu do google, youtube, facebooka. Myślę sobie, że nie jest to tylko problem chińczyków, którzy pewno mają jakieś swoje zmienniki, ale jest to, być może, sól w oku dla tych firm. Mieliby olbrzymi rynek zbytu, tu w tym grubo ponadmiliardowym, jeśli chodzi o populację, kraju.
    

Jesteśmy za miastem. Pociąg jedzie 300 km na godzinę. Nad drzwiami do wagonu jest duży wyświetlacz, który o tym informuje. Prędkości w ogóle się nie odczuwa. Pociąg jedzie cicho, widoki za oknem zmieniają się. Mijamy kilkusettysięczne miasta w których pociąg nie zatrzymuje. Śmieszne uczucie. Ponad miastami widać olbrzymie dźwigi rozorywające chmury. Rozwój miast zdumiewa. W mordę jeża, czy ja nie nadużywam słowa ,,zdumiewa” w kontekście Chin?  Ale ja naprawdę jestem wciąż w tym niezwykłym kraju zdziwiony. Jak dz… jakaś.
    Pogoda jest kiepska, mglisto i jakoś tak szaro. Potrafi się jednak zmienić co kilkanaście minut. Nic nadzwyczajnego, przez kilkanaście minut pociąg przejeżdża spory dystans, przyroda i ukształtowanie terenu zmieniają się. Z terenu płaskiego wjeżdżamy w pagórkowaty i już jest inna pogoda, czy ściślej mówiąc inny odcień szarości. Potem znowu niziny – jeszcze inna szarość.
     
fotel przede mną
   Mija ćwierć wieczności gdy zbliżamy się do Nanning. Za oknem bananowce, tropikalna roślinność i zupełnie inne Chiny. Czas na hasłowe i krótkie podsumowanie podróży. Pociąg jechał prędkością około 300 km na godzinę. Najczęściej 300 – 320. Co godzinę przez korytarz wagonu przechadzała się sprzątaczka zamiatająca na szufelkę niewidoczne paproszki. Nie było chrząkania, pierdzenia, bekania, z którego słyną chińczycy w miejscach publicznych. Poziom ,,elektronizacji” w społeczeństwie zadziwia. (O, znowu!) Zaskoczyła mnie za oknem mnogość drobnych, kilkuarowych pól, właściwie poletek. Spodziewałem się wielkich obszarów rolniczych z nowoczesnymi traktorami, a zobaczyłem niemal działeczki z pochylonymi nad motykami ludźmi. Pola ryżowe, no cóż – to trzeba samemu zobaczyć! Żadne zdjęcie zrobione z pędzącego pociągu nie odda tego klimatu. Zdumiewa ilość spożywanych zupek chińskich przez chińczyków. Zatrzymywaliśmy się czasem w jakichś dużych, kilkumilionowych miastach, których nazw nigdy nie słyszałem i można było na szybko wypalić pół papieroska. Wielu było korzystających z tego ,,przywileju”. Okolice miasta Guilin z krasowymi wzgórzami to bajka. Piękna bajka. Generalnie mówiąc, podróż tym chińskim pociągiem to wspaniała przygoda. To ciekawe, że po tylu tysiącach kilometrów przemierzonych pociągami nie mam ich jeszcze dość. Czy jeszcze pojadę pociągiem podczas tej podróży? Nie wiem. Jeszcze nie zdecydowałem do końca jak przemierzę Wietnam z Hanoi do Sajgonu. Pociąg czy samolot? Się zobaczy.
  
willa na prowincji

...tu w budowie

pola ryżowe

w takich miasteczkach pociąg nie staje...

...są za małe

pola ryżowe, cd

zachwycają mnie


magic fields

    Taksówka wiezie mnie po ulicach rozświetlonego neonami ,,miasteczka” Nanning. Szofer siedzi za kierownicą jakby w klatce z prętów, oddzielony od potencjalnych złoczyńców. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Kratkę jakaś, oddzielająca taksówkarza od pasażerów z tyłu, to tak. Ale tu jest również oddzielony od strony pasażera z przodu. Dziw jakiś, przecież Chiny są takie bezpieczne.
     Dojeżdżamy na miejsce. Hostel w którym będę nocować znajduje się na trzecim piętrze w kamienicy. Pokój dzielę z jakimś młodym Chińczykiem. Kosztuje tyle, że nawet nie wymieniam ceny. Nie warto, jest śmiesznie niska. Pierwszy raz będę dzielił z kimś pokój w hostelu podczas moich wypraw. Nie jestem jednak skrępowany, a Chińczyk jest naprawdę spoko. Nie mam czasu jednak zbyt długo z nim rozmawiać. Jestem głodny jak wilk, a tu nieopodal jest nocny targ. Niemal biegnę przez ulicę. Gorąco jak w ukropie. Witamy znowu w tropikach. Jaaak cuudnie! Kuurrrwa!
Tęsknię za kolejnym dniem. A młodość przychodzi chyba z wiekiem:)!










1 komentarz:

  1. Pociąg - marzenie...takim do Gdańska bym śmignęła w nanosekundę:) Jechałam nim (w sensie takim) z Szanghaju do Pekinu, przepłynął skubany tę trasę😊

    OdpowiedzUsuń