Polecany post

59. Książka: Banany i cytrusy, czyli jedź do Azji.

piątek, 31 lipca 2015

48. Przygoda w Pekinie

15.05.2015
    


    Postanowiłem na razie nie jechać nigdzie metrem a pozwiedzać najbliższą okolicę. Mieszkam około kilometra od stadionu narodowego,  zwanego Ptasim Gniazdem i te okolice odwiedzam najpierw. W 2008 odbyły się na nim konkurencje lekkoatletyczne w czasie Igrzysk Olimpijskich. Trzeba tu powiedzieć, że pierwszym odegranym hymnem narodowym w czasie tych igrzysk był Mazurek Dąbrowskiego. Tomasz Majewski zdobył pierwsze miejsce w pchnięciu kulą. Przyznam, że stadion prezentuje się pięknie. Chodzę tak ze 2 godziny pośród ulic, osiedli, blokowisk. Jest tu czyściej niż myślałem przed przyjazdem do Chin i ludzie są pogodniejsi niż sądziłem przedtem. Rozbawia mnie pewien dwu - trzyletni chłopiec, który ma w spodenkach specjalną dziurę na tyłku. 
Okazuje się, że to popularny krój spodenek tutaj. Chodzi o to, żeby dziecko mogło się załatwić, gdziekolwiek jest. Trzeba uważać więc na ,,miny” na chodnikach. W  pewnym momencie widzę niewielki placyk bogato ozdabiany kolorowymi balonami. Chyba będzie coś się działo, tym bardziej, że dwie Azjatki zaczynają grać skoczną muzykę na gitarze i klawiszach a przed knajpką ustawiają podłużny stół z białym obrusem. Postanawiam zobaczyć co za impreza się rozkręca i przysiadam na ławeczce, ciesząc się piękną pogodą, muzyką i pogodnymi ludźmi wokół. Poczułem pragnienie, więc idę do 

pobliskiego osiedlowego sklepu gdzie kupuję litrową butelkę wody mineralnej. Wracam na swoją ławkę. Tuż obok mnie chińska staruszka uprawia Tai Chi nie przejmując się niczym. Zupełnie inny sposób bycia i życia od naszego europejskiego sztywniactwa. Nagle słyszę potężny ryk silników. Przyjechała około 30 - osobowa grupa harleyowców na swych błyszczących maszynach. Myślę, że odbędzie się tu jakiś ślub. Po kilku minutach okazuje się, że jestem w błędzie. Restauracja 

zorganizowała zawody w jedzeniu hamburgerów i innych niezdrowych dań. Przed każdym z zawodników postawiono duże tace z jedzeniem i pośród sporej publiczności chiński gang motocyklowy pochłania kalorie. Gawiedź krzyczy, dopinguje, przepycha się. Emocje są jak w finale piłki kopanej. Umieją się tu bawić i cieszyć życiem, zauważam. Ciężko dopchać się i zrobić jakieś sensowne zdjęcie - taki tłum przed stołem. Nie chcę mi się przepychać, więc w końcu idę na krótki spacer po ogrodzie różanym, który mieści się nieopodal. Po kilkunastu, może kilkudziesięciu minutach wracam zobaczyć co się dzieję u ucztujących. Okazuje się, że konkurencja się zakończyła, a trwają przygotowania do następnej. Tłum jeszcze zgęstniał. Na stole ustawiono 3 ni to wieże, ni to 
wielkie menzurki do piwa. Domyślam się, że teraz odbędą się zawody w piciu mojego ulubionego trunku. Nie wiem jaka jest pojemność tych naczyń, 4 może 5 litrów. Spiker szaleje zagrzewając publiczność. Niestety zagrzewa po chińsku, więc nic nie rozumiem. Dziewczyny na instrumentach szaleją. Gawiedź szaleje, bo oto staje w szranki pierwszy zawodnik. Harleyowiec w dżinsach i skórze gotuje się do zawodów. Jego kamraci dodają mu otuchy poklepując go po plecach. Za chwilę poznajemy drugiego zawodnika. To gruby, młody Chińczyk ubrany w dresy. Skąd tu taki grubas, pośród tych szczupłych ludzi? Nie mam czasu na zbyt długie zastanawianie się, bo oto konferansjer wypatrzył białasa w tłumie. Białasa, czyli mnie. Nie ma tu nikogo oprócz Azjatów, więc rzucam się pewnie w oczy. Odmawiam gestem stanowczo raz i drugi, ale osoby stojące obok zachęcają mnie brawami i delikatnie wypychają do przodu. Nie wiem jakim cudem pokonuje wrodzoną nieśmiałość, ale oto stoję przed prezydialnym stołem między dwoma ,,gangsterami”. Kurka, co robić. Spięty jestem niemiłosiernie. Dodaję sobie animuszu w myślach. Ściągam kurtkę, podaję ją wraz z aparatem pięknej, miejscowej dziennikarce i ruszam do boju. Postanawiam zrobić mały show. Podchodzę do motocyklisty i po polsku rzeczę do niego: ,,wciągnę cię nochalem” i pokazuję to gestem. Potem to samo robię z dresiarzem. Publiczność szaleje. Robię minę faworyta i tak się zachowuje, ale czuje jak mi latają łydki ze strachu i tremy. Do tych wielkich ,,pokali” 
powkładano plastikowe wężyki, którymi mamy pić to piwo. W końcu po przydługim wstępie wodzireja zaczynamy. Zaczynam powolutku pić. Ze zmrużonymi oczyma napełniam w myślach moje stopy piwem. Taktykę obieram taką, że będę pił bardzo powoli. W wyobraźni napełniam teraz drżące jeszcze łydki. Nie wiem czy można oderwać rurkę od ust. Reguły pewno były podawane, ale po chińsku. Napełniam kolana. Kto by je zrozumiał. Napełniam uda. Rozglądam się na boki na swoich przeciwników. Oni mają inną strategię. Zaczynają z grubej rury. Piją szybko i łapczywie. Sytuacja wygląda nieciekawie, ponieważ odstaję wyraźnie od pozostałej dwójki. Zaczynam wypełniać miednicę, gdy orientuję się, że można odrywać wężyk od ust. To wiele ułatwia. Nigdy nie zdarzyło mi się w życiu wypić półlitrowego piwa na raz, a tu jest 4 albo 5 litrów. Ale oto sensacja. Członek motocyklowego 
gangu poddaje się. Dobra nasza, teraz obserwuję tylko dresa. Niestety, napełniam już brzuch. Kurza stopa, po co piłem tę litrową wodę? Ale kto wiedział co mnie spotka? Przed oczami mam twarze publiczności. Stoją blisko i fotografują moją gębę. W pewnym momencie jakaś atrakcyjna młoda dziewczyna pochyla się, ponieważ robi zdjęcia od spodu. Zaglądam jej w dekolt. Mam coś takiego, że jak widzę cycuszki, to mam większą ochotę na piwo. Włączam trzeci bieg. Odstawałem prawie litr od dresa, ale teraz poziomy w menzurkach wyrównują się. Publika szaleje. Chyba coraz więcej ludzi kibicuje mi. Często jest tak, że kibicuje się słabszym. Ale oto chyba zdobywam przewagę. Myślę o tym, że jestem tak blisko stadionu olimpijskiego. Tu trzeba wygrać. Żal mi tylko, że nie będę miał żadnego zdjęcia. Kto mi uwierzy w tę historię? Dziewczyna od dekoltu prostuje się, a ja już mam pełny brzuch. Napełniam teraz ramiona, ale tam niewiele się mieści. I nagle słyszę pośród krzyków i aplauzu miły 
dla ucha dźwięk. Dresowi się ulało. Opuścił w pośpiechu plac boju. Wygrałem. Wznoszę do góry ręce w geście zwycięstwa. Podchodzę do menzurki harleyowca i upijam łyk. Potem robię to samo z naczyniem dresiarza. Publika szaleje. Konferansjer szaleje. Ja też szaleję. Kłaniam się publiczności delikatnie, żeby i mi się nie ulało. Wręczają mi nagrodę... butelkę wina. Piękna dziennikarka przeprowadza ze mną krótki wywiad i oddaje mi kurtkę i aparat. Okazuje się, że zrobiła nim kilka fotografii. Zuch - dziewczę. Teraz następuje dość dziwny dla mnie moment, bo stoję z boku stołu a ludzie przychodzą do mnie i robią sobie ze mną zdjęcia. Trwa to kilkanaście minut. Przyjmuję gratulacje, jestem poklepywany po plecach, a jeszcze częściej po brzuchu. Kilka dziewcząt się do niego tuli. A urósł ci on jak bania. Jestem chyba w setce iPhone’ów, smartphonów, iPodów i cholerka wie jeszcze jakiego sprzętu. Szopka się powoli kończy. Ludzie się rozchodzą. Teraz idę na lekkich nogach podziękować mojej pięknej dziennikarce. Ale to już inna historia.





P.S. Chińskie przysłowie mówi: ,,Kto zna swoją głupotę, nie jest wielkim głupcem".

4 komentarze:

  1. a to wszystko zrobił chłopak z malutkiego kraju .. ba z malutkiej mieściny ... w tak wielkim stylu i w tak wielkim narodzie ! Gratulacje Artur .. Jesteś Wielki !!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Drugie zdjęcie z piwem -widać na twarzy mały kryzys...ale dałeś radę :D Fajna przygoda.

    OdpowiedzUsuń
  3. blog i książka inspirują mnie do podróży ,może kiedyś spełni się marzenie o tak dalekich podróżach .mam marzenia i cele ,takie książki utrwalają mnie w przekonaniu ,że jest to możliwe logistycznie i finansowo. Wielkie dziękie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Cieszę się, że tak odbierasz książkę. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń