Polecany post

104. Książka: Banany i cytrusy, czyli leć do Afryki

wtorek, 14 kwietnia 2015

34. W Kuala Lumpur

4,5.12.2014

    

   Podczas planowania mojej podróży i kupowania biletów lotniczych chciałem  z Birmy dostać się do Laosu. Najtaniej było przez Malezję. Kupiłem więc bilet w AirAsia, w cenie ok. 200 zł, choć geograficznie wygląda to na nonsens. Ale chociaż zobaczę kolejny kraj, pomyślałem i będę pierwszy raz w życiu w kraju muzułmańskim. Postanowiłem, że zostanę tu 2 dni. Trochę cywilizacji po dzikiej Birmie się przyda. 
betonowo-szklana dżungla
    Lecę nad Malezją, widoczność dobra, samolot obniża powoli lot nad Kuala Lumpur. Widzę wielkie połacie palmowych plantacji. Olbrzymie powierzchnie robią wrażenie, przyznaje. To chyba palmy olejowe, czyli olejowce gwinejskie. Ląduję na jednym z trzech lotnisk w Kuala Lumpur, na KLIA 2. To olbrzymi, nowoczesny port lotniczy. W kantorze wymieniam 200 dolarów na 626 ringgitów (MYR). Najładniejsze pieniądze jakie widziałem. Ich wartość jest podobna do polskich złotówek. 1 MYR=1 PLN. Łatwiej będzie się orientować w cenach. Odbieram bagaż i udaje się na tą część lotniska, z której odjeżdżają autobusy do centrum. Nie będę, oczywiście, szastał niepotrzebnie kasą na taksówki. Wszystko jest bardzo dobrze oznaczone, więc bez trudu odnajduję automat i kupuje bilet za 10 ringgitów do City Center Park. Jedzie się ok. godziny. W pewnym momencie widzę z daleka najsłynniejszy budynek tego miasta, Petronas Twin Towers. Super uczucie. Piękna autostrada, czysto, niemal sterylnie za oknami autobusu, który pachnie świeżością. Jakże tu inaczej niż w Birmie. Jakie kontrasty dane jest mi widzieć. Niby wszystko człowiek może zobaczyć w telewizji, ale dopiero doświadczając tych różnic osobiście, widząc je, robią wrażenie, przynajmniej na mnie, podróżniczym osesku. Dojeżdżam na miejsce. Obładowany dwoma plecakami, jeden z przodu, drugi z tyłu, idę ku Chinatown.
Chinatown
Ależ różnorodność, ileż bodźców, zapachów, ozdób, pierdółek, handlarzy badziewiem, tu, w chińskiej dzielnicy w KL. Odnajduję swój hotel zabukowany 2 miesiące temu przez Agodę, za około 120 zł za dwie doby. China Town 2, wydaje się dobrym wyborem. Pokój mam na trzecim piętrze. Gorąca woda, internet sprawnie hula,…… ach luksusy. Rozpakowuję się, biorę prysznic i idę zwiedzać i coś zjeść. Malezja słynie z dobrego jedzenia. Pokosztujemy. Całe popołudnie i wieczór szlajam się po chińskiej dzielnicy, jedząc, pijąc kawę i piwka pośród tabunu ludzi i pierdyliona straganików. Jedzenie tanie i smaczne, piwo, natomiast średnie i drogie, ale bez przesady. Dużo turystów, trochę muzułmanów, ale głównie są tu... Chinole. Na jednym ze straganów widzę najsmrodliwsze owoce na świecie.
duriany
 Nawet na drzwiach mojego hotelu jest naklejka zakazująca wchodzenia z durianami, bo o nich tu mowa. Śmierdzą intensywnie gnijącą padliną, choć Azjaci je uwielbiają. Ja je lubię średnio, mówiąc delikatnie.
    Na drugi dzień do południa wybieram się w miasto. Piękne parki, olbrzymie wieżowce, palmy przy ulicach. Miasto jest piękne, ale jakby bez duszy. Taka jest moja, bardzo subiektywna ocena. To trochę nie moja bajka. 88- piętrowe wieże Petonas Towers robią na mnie jednak wielkie wrażenie, jako i wieża telekomunikacyjna Menara KL, która  też zachwyca i powala swoją wysokością. Od patrzenia w górę boli szyja, więc po południu wracam w  pobliże Chinatown. Do siebie, jak to nazywam w myślach. 





    Idę do restauracji, gdzie za 20 riggitów można najeść się do woli. Mam problem z konsumpcją ślimaków, ponieważ są w skorupkach, więc pomaga mi urocza kelnerka z chustką na głowie.  Pokazuje mi jak fachowo wyssać ślimaczka ze skorupki i wysysa kilka z mojego talerza.

 Jedzenie jest wyśmienite, ale wolę kozinę w Birmie. Na targowiskach kupuję kilka pamiątek, krótkie spodnie i okulary słoneczne, które wytargowałem z 80 ringgitów na 20, a które okazały się nie warte nawet 1-ego. Chcę kupić sobie czereśnie, bo pięknie uśmiechają się do mnie z kilku stoisk, ale decyduję się w końcu na kokosa, którego wypijam w hotelowym pokoju, chroniąc się przed chwilowym, ciepłym deszczem. Jest smaczny i przyjemnie chłodzi. Dzień mija intensywnie, ale idę zwiedzić jeszcze zwiedzić jedną z pobliskich chińskich świątyń, kręcę się trochę w tę i z powrotem, po czym siadam przy stoliku i spełniam 3 piwka, jem kolację i idę lulu. Piękne jest KL, ale chyba w dżungli Laosu będę się czuł lepiej. Jutro o 5 pobudka i taksówka za 95 riggitów (taką cenę ustaliłem) zawiezie mnie na lotnisko.
w oparach trociczek

takie budynki też są w KL

koszulki

kokosowa ochłoda

moje ulubione rambutany


P.S. Jeśli ktoś ma pytanie lub pytania dotyczące podróży w regiony o których piszę, proszę śmiało. ar.mal@interia.pl. Może będę mógł pomóc.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz