Polecany post

59. Książka: Banany i cytrusy, czyli jedź do Azji.

niedziela, 4 stycznia 2015

19. Park Narodowy Khao Yai

20, 21.11.2014

     
To sem ja
    Spotykam się rano z Sarah i bez zbędnych ceregieli wsiadam do jej auta. Jedziemy zwiedzać Park Narodowy Khao Yai. Niech dżungla nam darzy pięknymi widokami i pokaże swoich mieszkańców. Po kilku kilometrach stajemy na górze i robimy pierwszy stop.Kilka fotek pejzażu i dziesiątki odgłosów spustu migawki, które przerywają ciszę gdy fotografuję makaki. Pejzaż trochę tonie w porannych mgłach, za to małpy niespecjalnie się nas boją i mamy je na kilka kroków. Liczą na smakowity kąsek, ale nie ze mną te numery. Sam jestem głodny. Po chwili jedziemy dalej i widzimy grupkę ludzi stojącą na szosie i wypatrującą coś w wysokich koronach drzew.  Przystajemy zobaczyć na co to takiego ciekawego wytrzeszczają oczy uczestnicy trekkingu. Otóż, widzimy rodzinę gibonów białorękich. Rzadko schodzą na ziemię. Najczęściej zobaczyć je można wysoko na drzewach jak skaczą w poszukiwaniu słodkich owoców, np. figowców.

    Jedziemy coś zjeść, bo żołądek przykleja się już do kręgosłupa, a tyłek z głodu majty wciąga. Dojeżdżamy do centrum parku. Tu można się smacznie pożywić i jest coś na kształt muzeum parku. Jemy piekielnie ostrą wieprzowinę, popijając kawą. Rozmawiamy. Sarah opowiada mi o parku i swoim życiu w Tajlandii. Ciekawe opowieści snuje, przyjemnie się jej słucha, konstatuję z zadowoleniem w myślach. Potem idziemy do muzeum. Dużo tu informacji i wypchanych zwierząt, w tym tygrys. Został zastrzelony przez myśliwego, gdy zaatakował jakieś dziecko. Niestety, strzelca śmiertelnie ranił. Obaj zmienili wcielenia.
    Idziemy na około dwukilometrowy spacer po ścieżce w dżungli. Co chwila trzeba się albo schylać, albo obchodzić jakieś zwalone drzewo, albo przechodzić po jakiś prowizorycznych mostkach nad wodą. Widzimy jakiegoś gada wylegującego się na rozgrzanej słońcem kłodzie. Kilka metrów dalej leżą jelenie. Wokół grasują małpy, latają kolorowe motyle. Robi się coraz goręcej. Ale jest niesamowicie. Zdjęcia nie oddadzą tego klimatu. Pięknie jest, po prostu. Widać, że zwierzyny jest tu w bród. Da się zauważyć połamane drzewa przez słonie, które mają tu liczne przejścia. To musi być hałas gdy tak idzie cało stado przez tak gęstą dżunglę. Niczym nasze watahy dzików gdy idą przez olszynę w czasie huczki. Lub jeż, gdy po zmroku sunie po ściółce w dębinie. Niektórzy wiedzą co mam na myśli. W każdym razie, nie ma wtedy ciszy.




     Półtorej godziny spaceru przyjemnie nas zmęczyło, idziemy więc do samochodu. Kolejny punkt programu, to wodospad. Jedziemy popijając wodę. Po chwili zabieramy parę Ukraińców, którzy zwiedzają park auto-stopem. To bardzo skuteczna metoda, zatrzymują się niemal wszyscy i chętnie zabierają delikwentów. Ta para mieszka na polu namiotowym, niemal w sercu parku. To dobry pomysł na nocleg. Szkoda, że o ty nie wiedziałem wcześniej. Miejsce kosztuje 50 bahtów za dobę, a gdy się nie ma namiotu i śpiwora, można na miejscu wypożyczyć. Wtedy kosztuje to 200 bahtów. Są kibelki, łazienki i jest gdzie ugotować np. chińszczyznę (zupkę z torebki mam na myśli). Trzeba pamiętać o fakcie takim, że noce na tej wysokości są chłodne. Ukraińcy, jednak nie zmarzli.
Dojeżdżamy na jakiś parking i idziemy w czwórkę oglądać wodospad. Haew Suwat, bo o nim tu mowa, jest znany z tego iż, kręcili tu słynną scenę do filmu ,,Niebiańska plaża’’ z Leonardo DiCaprio. Schodzimy w dół kilkaset kroków i oto stoję w miejscu gdzie ,,Di Karpio’’ skoczył do wody i się kąpał. Wodospad nie robi jednak na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia. Niedaleko domu, w Norwegii mam bardziej widowiskowe.
    Potem kolej na wieżę widokową. Przejeżdżamy kilkanaście kilometrów co chwilę się zatrzymując na jakieś przyrodnicze dziwy. A to staw pełen rechoczących bardzo głośno żab, a to tukan, a to znak drogowy, ustrzegający kierowców przed przechodzącymi tędy słoniami lub przepełzającymi kobrami. Cały czas coś ciekawego. A to jakaś sarna, tam gibon białoręki, tam znowu jeleń. W końcu wyjeżdżamy z dżungli i wjeżdżamy na otwarty teren porośnięty trawą i porozrzucanymi gdzieniegdzie drzewami. Stawiamy samochód w cieniu jakiegoś nieznanego mi wielkiego krzewu i idziemy pośród traw i nieużytków do sporych rozmiarów wieży widokowej. W nocy ten teren zamienia się w istny Eden. Jest dużo wszelkiej zwierzyny która przychodzi do wodopoju, którego funkcje pełni tu urocze jeziorko. Widać liczne tropy i ślady zwierząt. Odchody szakali, wydeptane w trawie ścieżki i legowiska, ,,słoniowy wychodek’’ z kupami jak moja głowa. Mnóstwo ciekawych rzeczy dla miłośnika przyrody, którym jestem. I te motyle, ach. I to ciepełko, ach. I ja... tu, ach. Wdrapujemy się na wieżę, jemy jakieś ciasteczka i ananasa, które to zaopatrzenie raczyła wziąć z sobą Sarah. Podziwiamy chwilę widoczki i wracamy. Nasza wspólna przygoda dobiega końca.

Sarah


Kupka szakala

Kupy słoni



Słoń szedł szosą
    Około 15 wysiadam przy swoim bungalowie, żegnając miłą Sarah. Kupuję kilka produktów w maleńkim sklepiku i z powrotem do dżungli. Szkoda mi czasu na knajpę. Mam sporą kiść bananów i to będzie mój obiad. Tym razem idę pieszo. Przechodzę przez bramę nie płacąc już za wejście, oczywiście. Bilet jest ważny na cały dzień. Namawiano mnie na nocne safari po tym największym parku Tajlandii. Jedzie się na pace pick-upa, silne reflektory rozrywają ciemności i można oglądać zwierzynę. Jednak nie skusiłem się na tę przyjemność. W zamian za to chcę się solidnie zmęczyć szybkim spacerem po szosie wijącej się pośród dzikiego lasu. Idę. Upał doskwiera, mimo tego, że poruszam się w głębokim cieniu. Co chwila zatrzymuje się jakieś auto i proponuje podwózkę. Zmieniam więc stronę jezdni po której idę. Lepiej, ale niektórzy i tak zwalniają, pytając czy nie chcę wskoczyć na pakę, czy tył motoru. Przechodzę 5 kilometrów, jak orientuje się po przydrożnych słupkach i zawracam. Powrót już jest wolniejszy, bo zalałem się potem. Idąc chcę zerwać z jakiegoś wiotkiego pędu troszkę liści. Dzieci mają to w zwyczaju. Pęd bierze się w dłoń, przesuwa się rękę jednym ruchem i kępka liści zostaje w dłoni. Może to znacie? Tu jednak okazuje się, że to duży i głupi błąd. To dżungla, niezbyt gościnna dla białasa z borów sosnowych. Jęk przerywa przedwieczorną ciszę. Setki mikroskopijnych kolców, kolczyków właściwie, wbijają mi się w wewnętrzną stronę dłoni. Ku…, jaki ja głupi jestem. Postękałem trochę i…w dalszą drogę. Docieram już do bramy, za chwilę wyjdę z parku, ale jeszcze przystaje na moment w miejscu gdzie miejscowi palą trociczki i medytują. W powietrzu unosi się piękny zapach. Da się wyczuć stan duchowego uniesienia kilku wiernych buddystów. Stoję i patrzę. Nieliczne samochody przejeżdżające obok trąbią. Wiem dlaczego. To na cześć Buddy Siakjamuniego. No i… trochę na moją.


Pień typu: ''Munch''
    Godzinę później siedzę u lokalsów odświeżony i już w pozbawionej bólu ręce dzierżę kufelek ze złocistym napojem. Jeden z wielkich podróżników polskich nazywa ten napój szczynami. Ja się z nim w tej kwestii nie zgadzam. W wielu innych zresztą też. Postanawiam obwicie zjeść i zamawiam od przesympatycznych właścicieli tego kramiko-ich-domu całego kurczaka z grilla.
Biedne ptaszysko spędziło tam chyba cały dzień, bo trochę suche jest, ale mam pieniące się małe co nieco, więc daję rady. Gospodarz proponuje mi na migi kielich jakiejś wódeczki, ale grzecznie odmawiam. Wypijam co moje, resztkami kurczaka dzielę się z jakimś psem i znikam w ciemnościach.

    Nazajutrz pakuję się i opuszczam Khao Yai National Park. Łapię songthaewa i jadę do Pak Chong. Koszt 40 bahtów. Tu łapię busa do Bangkoku za 180 bahtów. Dojeżdżam nim pod Pomnik Zwycięstwa w mieście, które utraciło już dla mnie swój niesamowity zapach. Stąd na Khao San Road biorę taksówkę i płacę 73 bahty. Popołudnie spędzam w parku nad rzeką Chao Phraya. Nie wolno tu pić alkoholu i palić papierosów. Niezwykłe jak na Bangkok. Młodzież szkolna ćwiczy tu jakieś choreografie taneczne, rodziny spacerują z dziećmi, na murkach i ławkach siedzą młodzi ludzie. Tak, tu można się wyciszyć, będąc w mieście dzikich śliwek. Wieczorem kolacja na której dowiaduję się z menu, że kurczaki i ziemniaki to też owoce morza. Ach te azjatyckie gafy w menu. Kto był ten wie, kto nie był, niech będzie. Tego Wam życzę. Warto spojrzeć na świat z różnych perspektyw. Jutro spojrzę na świat z perspektywy samolotu Air Asia. Jutro wielki dzień. Jutro lecę do Birmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz