Polecany post

104. Książka: Banany i cytrusy, czyli leć do Afryki

piątek, 9 stycznia 2015

20. Lądowanie w Mandalay

22.11. 2014

    
    Gdy 2 lata temu oglądałem film ‘’Samsara’’ z muzyką Lisy Gerrard i Dead Can Dance w pewnym momencie oniemiałem. Zobaczyłem w tym filmie niezwykły krajobraz jakiegoś miejsca na ziemi. Oniemiałem, gdyż czegoś takiego wcześniej nie widziałem. Zacząłem wertować Internet w poszukiwaniu informacji, co to za miejsce? Okazało się, że to Bagan w Birmie. Przygotowywałem się wtedy do pierwszej podróży do Azji (do Tajlandii i Kambodży) i już nie chciałem zmieniać planów. Ale postanowiłem wtedy, że kolejną podróż odbędę do Birmy. Chciałem poczuć magię tego miejsca. Stało się to moim marzeniem. A ja swoje marzenia lubię zamieniać w rzeczywistość. Nie ma obawy, że spełni się je wszystkie i pozostanie pustka. W miejsce spełnionego marzenia pojawiają się następne…. i następne. Nie wszystkie marzenia da się zrealizować, to jasne. Ale gdy ich nie mamy, robi się niebezpiecznie. Ponieważ gdy marzymy o niczym, to na pewno to dostaniemy.
    I dziś oto ‘’nadejszła’’ ta chwila. Lecę do Birmy. Na razie stoję w kolejce do odprawy bagażowej na mniejszym lotnisku Bangkoku, Don Muang. Potem kontrola bezpieczeństwa i miłe zaskoczenie. Mam butelkę do połowy wypełnioną wodą mineralną i mnie przepuszczają. Czasem uśmiech potrafi zdziałać cuda. Potem w hali odlotów kolejne zaskoczenie. Jest palarnia. W zasadzie, można powiedzieć wędzarnia. Pół godzinki czekania i wchodzę na pokład samolotu Air Asia. Bilet kosztował 200 zł. Kupiłem go kilka miesięcy wcześniej, gdy planowałem swą podróż. Miejsce mam przy oknie, także super. Wzbijamy się w powietrze i lecimy. Start o godzinie 10.55 a lądowanie o 12.20. Tylko czyjego czasu? Tu słówko wyjaśnienia, ponieważ występuje tu pewna anomalia. Otóż w Birmie, trzeba przestawić zegarek o pół godziny do tyłu w stosunku do Tajlandii. Nie wiem dlaczego pół a nie pełną godzinę. Ale co mówić o pół godzinie, w kraju gdzie tydzień ma 8 dni. Tak, tak, środa jest podzielona na dwa dni, mówiąc w skrócie. Ja sobie lecę w przestworzach a Wam, drodzy czytelnicy, należy się kilka ogólnych zdań o tym pięknym kraju.
     Birma (Union of Myanmar) to drugie, po Indonezji, państwo Azji Południowo-Wschodniej. Graniczy z Chinami, Tajlandią, Indiami, Bangladeszem, Laosem i na małym odcinku z Tybetem, choć mój domowy globus tego nie pokazuje! Na południu można zamoczyć nogi w Morzu Andamańskim lub w Zatoce Bengalskiej. Najwyższy szczyt to Kagaboyazi (5881 m n.p.m.). Z północy na południe płynie rzeka Irawadi, największa rzeka kraju. Birma leży w strefie klimatu zwrotnikowego, przeciętna temperatura wynosi .......Tej informacji nie piszę, bo jest bezsensowna i nic nie mówi. Są różne cyfry podawane, w różnych źródłach. Gdy wsadzimy głowę do zamrażalnika a nogę w ogień, to co?  Średnio powinniśmy się dobrze czuć, tak?
.....Lećmy dalej.....Pora deszczowa trwa 5 miesięcy. Ludność liczy około 60 mln mieszkańców i złożona jest z ponad 130 grup etnicznych! Przeważającym wyznaniem jest buddyzm therawady. Kraj ten ma ciekawą historię pełną wzlotów i upadków. Niestety, podobnie jak historie prawie wszystkich krajów na świecie, jest to czasami krwawa historia. 
    Piękna pogoda nad Birmą, niebo bezchmurne, więc patrzę na pofałdowany krajobraz. Świetnie widać Mandalay, gdy samolot zniża się do lądowania. Miasto  ma symetryczny układ ulic i wydaje się, jakby było ułożone z setek  równych prostokątów. Ląduję zatem. Na lotnisku sprawnie odbywa się kontrola paszportowa. Potem odwiedzam kantor wymiany walut i wymieniam dolary na kyaty. Za 1 dolara oferują dziś 1036 kyatów. Ale tu uwaga. Warto mieć banknoty 100 dolarowe, gdyż czym mniejszy nominał zielonego banknotu, tym mniej kyatów za niego dostaniemy. Wymieniam 350 dolarów, także otrzymuje spory plik birmańskiej forsy. Już otaczają mnie naganiacze do taksówek, bo do miasta spory kawał. Jedzie się 30-40 minut. Wołają nawet 12 dolców od łebka. Ale kto przed wyjazdem poczyta trochę blogów o kraju do którego się wybiera, nie tylko zdobywa wiedzę, ale i oszczędza pieniądze. Nie ulegam więc naganiaczom, jak większość pasażerów samolotu, bo wiem (z jakiegoś bloga), że przed budynkiem lotniska powinien stać darmowy shuttle bus przewoźnika Air Asia. I stoi. Upał uderza, gdy opuszczam klimatyzowane lotnisko. Chyba za lekko się ubrałem. Mam krótkie spodenki i koszulkę, a klimatyzacja mocno działała w Bangkoku, samolocie i tu na lotnisku. Teraz czuję kolosalną różnicę temperatur. Ale po pół godziny już jedziemy autobusem do centrum Mandalay. Prawie wszyscy pojechali niepotrzebnie taksówkami, a byli wśród nich plecakowicze, co to liczą każdy grosz wydany w podróżach i starają się oszczędzać jak tylko można. Wśród kilkunastu pasażerów jedzie trójka Polaków. Nie ujawniam się. Kierowca puszcza w obieg listę. Trzeba wypełnić dane z podstawowymi informacjami o sobie, włącznie z numerem wizy i paszportu. Droga dość wyboista, ale bez tragedii. Mijamy jakieś nieużytki, krzakuny, stadka kóz, bydła, kobiety z wielkimi koszami na głowach. Przedziwne pojazdy, motorki wyładowane ‘’bele czym po sam dach’’. Prawdziwy folklor zaczyna się jednak gdy dojeżdżamy do Mandalay. Miasto powala egzotyką. Dojeżdżamy do dworca, wysiadam i już atakuje mnie taksówkarz. Zarezerwowałem pokój na 2 noce w hotelu o nazwie A1, przez agoda.com. Taksiarz proponuje 2 dolary za podwózkę. Zgadzam się na 1,5 dolca. Bierze ode mnie duży plecak, ja mam mały i ….. o kurczę…… motor. Po chwili, w kasku typu orzech, jadę motorem po chaotycznych ulicach Mandalay do hotelu, obejmując od tyłu Azjatę. Ale czad. Podjeżdżamy do eleganckiego hotelu.

   Odźwierni szerokim gestem zapraszają do środka. Potwierdzam rezerwację, odbieram klucz i otwieram pokój nr 306. Kosztował mnie 22 dolary i na pierwszy rzut oka jest wart tej ceny. W cenę wliczone jest śniadanie. Mam nawet lodówkę zaopatrzoną w kilkanaście gatunków napoi, w tym piwko Myanmar, po 2 dolary. Nieźle. Biorę kąpiel, ale woda okazuje się praktycznie zimna. Idę do hotelowej restauracji, bo niezmiernie dokucza mi głód. Jem wołowinę curry z warzywami. Po prostu, niebo w gębie. Kosztuje mnie to niebo 3 dolce. Wychodzę z hotelu zwiedzać miasto. Jest ciepło, delikatnie mówiąc. Obieram kierunek marszruty i idę.
Jest ciepło...
 Ogrom motorów rzuca się w oczy. Pełno pick-upów załadowanych ludźmi i towarami do granic możliwości. Nie widzę tu autobusów miejskich w naszym pojęciu. Nie ma ulicznych latarń. Panuje chaos. Mandalay to drugie co do wielkości miasto Myanmaru. W dziewiętnastym wieku było nawet stolicą tego kraju. Ma ponad milion mieszkańców i jest centrum myśli i edukacji buddyjskiej. Czytałem nieprzychylne opinie na temat tego miasta, opiewanego kiedyś przez Rudyarda Kiplinga w wierszach, ale mi się tu podoba. Po godzinie marszruty jestem na jakichś zadupiach. I tu jest, naprawdę, świetnie. Nie ma turystów. Jakaś gromadka dzieci podąża za mną i się głośno śmieje. Mijam publiczne ‘’kąpieliska’’. Są to miejsca przy ulicach, gdzie w betonowych kręgach jest woda i ludzie, którzy nie mają łazienek i wody w domach myją się po prostu na ulicach. Dzieciaki na waleta, kobiety w długich sukniach, dyskretnie. W wielu miejscach, przy ulicach, można się napić wody. Są dzbany lub stągwie z pitną wodą.  Obok tego jakiś kubek i gdy przechodzień zechce ugasić pragnienie, to proszę. Oczywiście, nikt nie bawi się tu w mycie kubka.








    W pewnym momencie czuję, że muszę do łazienki. Jest knajpka dla lokalsów. Stoliki na chodniku, wewnątrz bar i kuchnia. Głupio mi tak od razu do kibelka, więc zamawiam piwo. Myanmar, pyszne. Za mały kufel płacę pół dolara. Do tego dostaję talerz zupy grzybowej, choć nie zamawiałem. Jest gratis i jest piekielnie pikantna, acz dobra. Patrzę, że są miejscowe papierosy. Londony się nazywają ……i kosztują 500 kyatów ( pół dolara). Bez komentarza. Na każdym stoliku stoi termos z herbatą. Nie płaci się za nią. To norma w Birmie, o której wiedziałem. W kibelku, ….no cóż. To trzeba samemu przeżyć. Też warto. Chociażby po to, żeby bardziej docenić co się ma na co dzień w domu.
    Idę po chwili w kierunku hotelu, choć czeka mnie kawał drogi. W pewnym momencie robi się szarówka. Pełno pojazdów, wśród których dominują motory, porusza się bez świateł. Ulicznych latarni nie ma. Magiczny świat w szarych kolorach, wygląda jak jakiś odrealniony, ruchomy obraz. Czegoś takiego w życiu nie widziałem.
   Po kilku minutach, gdy szarość gęstnieje, kierowcy włączają światła. Już jest nieco normalniej. Do hotelu mam jeszcze około 3 kilometrów. Idę w światłach motorów i samochodów. Ciekawie. Naprawdę mi się tu podoba. Kolację jem na ulicy, na niziutkich taborecikach, przy malutkich stoliczkach. Wątłe światło tli się a nie świeci. Co jem? Nie wiem dokładnie, ciemno tu trochę, ale większość to je, to ja też chcę. Jest ryż, są warzywa, jest mięso (chyba koźlęcina), ale przede wszystkim jest przygoda. Dobrze jeść tu, a nie w restauracji. Tak, ..... oby nie zostać żywcem pożarty przez wszechobecny, jebany konsumpcjonizm.
   Idę do hotelu i wiem jedno …… jestem mocno przeziębiony. Klimatyzacje wygrały ze mną. Leków żadnych na tę przypadłość nie mam. Kupię jutro w aptece. A tymczasem wyłączam klimę, piwko i lulu. Jutro….., a…., nie powiedziałem. Na jutro jestem umówiony na 8 rano z taksówko-motocyklistą. Będziemy zwiedzać Mandalay. Powinno być ciekawie. Będzie. Tak, ..... życie zaczyna się, dla mnie, po czterdziestce. 




niedziela, 4 stycznia 2015

19. Park Narodowy Khao Yai

20, 21.11.2014

     
To sem ja
    Spotykam się rano z Sarah i bez zbędnych ceregieli wsiadam do jej auta. Jedziemy zwiedzać Park Narodowy Khao Yai. Niech dżungla nam darzy pięknymi widokami i pokaże swoich mieszkańców. Po kilku kilometrach stajemy na górze i robimy pierwszy stop.Kilka fotek pejzażu i dziesiątki odgłosów spustu migawki, które przerywają ciszę gdy fotografuję makaki. Pejzaż trochę tonie w porannych mgłach, za to małpy niespecjalnie się nas boją i mamy je na kilka kroków. Liczą na smakowity kąsek, ale nie ze mną te numery. Sam jestem głodny. Po chwili jedziemy dalej i widzimy grupkę ludzi stojącą na szosie i wypatrującą coś w wysokich koronach drzew.  Przystajemy zobaczyć na co to takiego ciekawego wytrzeszczają oczy uczestnicy trekkingu. Otóż, widzimy rodzinę gibonów białorękich. Rzadko schodzą na ziemię. Najczęściej zobaczyć je można wysoko na drzewach jak skaczą w poszukiwaniu słodkich owoców, np. figowców.

    Jedziemy coś zjeść, bo żołądek przykleja się już do kręgosłupa, a tyłek z głodu majty wciąga. Dojeżdżamy do centrum parku. Tu można się smacznie pożywić i jest coś na kształt muzeum parku. Jemy piekielnie ostrą wieprzowinę, popijając kawą. Rozmawiamy. Sarah opowiada mi o parku i swoim życiu w Tajlandii. Ciekawe opowieści snuje, przyjemnie się jej słucha, konstatuję z zadowoleniem w myślach. Potem idziemy do muzeum. Dużo tu informacji i wypchanych zwierząt, w tym tygrys. Został zastrzelony przez myśliwego, gdy zaatakował jakieś dziecko. Niestety, strzelca śmiertelnie ranił. Obaj zmienili wcielenia.
    Idziemy na około dwukilometrowy spacer po ścieżce w dżungli. Co chwila trzeba się albo schylać, albo obchodzić jakieś zwalone drzewo, albo przechodzić po jakiś prowizorycznych mostkach nad wodą. Widzimy jakiegoś gada wylegującego się na rozgrzanej słońcem kłodzie. Kilka metrów dalej leżą jelenie. Wokół grasują małpy, latają kolorowe motyle. Robi się coraz goręcej. Ale jest niesamowicie. Zdjęcia nie oddadzą tego klimatu. Pięknie jest, po prostu. Widać, że zwierzyny jest tu w bród. Da się zauważyć połamane drzewa przez słonie, które mają tu liczne przejścia. To musi być hałas gdy tak idzie cało stado przez tak gęstą dżunglę. Niczym nasze watahy dzików gdy idą przez olszynę w czasie huczki. Lub jeż, gdy po zmroku sunie po ściółce w dębinie. Niektórzy wiedzą co mam na myśli. W każdym razie, nie ma wtedy ciszy.




     Półtorej godziny spaceru przyjemnie nas zmęczyło, idziemy więc do samochodu. Kolejny punkt programu, to wodospad. Jedziemy popijając wodę. Po chwili zabieramy parę Ukraińców, którzy zwiedzają park auto-stopem. To bardzo skuteczna metoda, zatrzymują się niemal wszyscy i chętnie zabierają delikwentów. Ta para mieszka na polu namiotowym, niemal w sercu parku. To dobry pomysł na nocleg. Szkoda, że o ty nie wiedziałem wcześniej. Miejsce kosztuje 50 bahtów za dobę, a gdy się nie ma namiotu i śpiwora, można na miejscu wypożyczyć. Wtedy kosztuje to 200 bahtów. Są kibelki, łazienki i jest gdzie ugotować np. chińszczyznę (zupkę z torebki mam na myśli). Trzeba pamiętać o fakcie takim, że noce na tej wysokości są chłodne. Ukraińcy, jednak nie zmarzli.
Dojeżdżamy na jakiś parking i idziemy w czwórkę oglądać wodospad. Haew Suwat, bo o nim tu mowa, jest znany z tego iż, kręcili tu słynną scenę do filmu ,,Niebiańska plaża’’ z Leonardo DiCaprio. Schodzimy w dół kilkaset kroków i oto stoję w miejscu gdzie ,,Di Karpio’’ skoczył do wody i się kąpał. Wodospad nie robi jednak na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia. Niedaleko domu, w Norwegii mam bardziej widowiskowe.
    Potem kolej na wieżę widokową. Przejeżdżamy kilkanaście kilometrów co chwilę się zatrzymując na jakieś przyrodnicze dziwy. A to staw pełen rechoczących bardzo głośno żab, a to tukan, a to znak drogowy, ustrzegający kierowców przed przechodzącymi tędy słoniami lub przepełzającymi kobrami. Cały czas coś ciekawego. A to jakaś sarna, tam gibon białoręki, tam znowu jeleń. W końcu wyjeżdżamy z dżungli i wjeżdżamy na otwarty teren porośnięty trawą i porozrzucanymi gdzieniegdzie drzewami. Stawiamy samochód w cieniu jakiegoś nieznanego mi wielkiego krzewu i idziemy pośród traw i nieużytków do sporych rozmiarów wieży widokowej. W nocy ten teren zamienia się w istny Eden. Jest dużo wszelkiej zwierzyny która przychodzi do wodopoju, którego funkcje pełni tu urocze jeziorko. Widać liczne tropy i ślady zwierząt. Odchody szakali, wydeptane w trawie ścieżki i legowiska, ,,słoniowy wychodek’’ z kupami jak moja głowa. Mnóstwo ciekawych rzeczy dla miłośnika przyrody, którym jestem. I te motyle, ach. I to ciepełko, ach. I ja... tu, ach. Wdrapujemy się na wieżę, jemy jakieś ciasteczka i ananasa, które to zaopatrzenie raczyła wziąć z sobą Sarah. Podziwiamy chwilę widoczki i wracamy. Nasza wspólna przygoda dobiega końca.

Sarah


Kupka szakala

Kupy słoni



Słoń szedł szosą
    Około 15 wysiadam przy swoim bungalowie, żegnając miłą Sarah. Kupuję kilka produktów w maleńkim sklepiku i z powrotem do dżungli. Szkoda mi czasu na knajpę. Mam sporą kiść bananów i to będzie mój obiad. Tym razem idę pieszo. Przechodzę przez bramę nie płacąc już za wejście, oczywiście. Bilet jest ważny na cały dzień. Namawiano mnie na nocne safari po tym największym parku Tajlandii. Jedzie się na pace pick-upa, silne reflektory rozrywają ciemności i można oglądać zwierzynę. Jednak nie skusiłem się na tę przyjemność. W zamian za to chcę się solidnie zmęczyć szybkim spacerem po szosie wijącej się pośród dzikiego lasu. Idę. Upał doskwiera, mimo tego, że poruszam się w głębokim cieniu. Co chwila zatrzymuje się jakieś auto i proponuje podwózkę. Zmieniam więc stronę jezdni po której idę. Lepiej, ale niektórzy i tak zwalniają, pytając czy nie chcę wskoczyć na pakę, czy tył motoru. Przechodzę 5 kilometrów, jak orientuje się po przydrożnych słupkach i zawracam. Powrót już jest wolniejszy, bo zalałem się potem. Idąc chcę zerwać z jakiegoś wiotkiego pędu troszkę liści. Dzieci mają to w zwyczaju. Pęd bierze się w dłoń, przesuwa się rękę jednym ruchem i kępka liści zostaje w dłoni. Może to znacie? Tu jednak okazuje się, że to duży i głupi błąd. To dżungla, niezbyt gościnna dla białasa z borów sosnowych. Jęk przerywa przedwieczorną ciszę. Setki mikroskopijnych kolców, kolczyków właściwie, wbijają mi się w wewnętrzną stronę dłoni. Ku…, jaki ja głupi jestem. Postękałem trochę i…w dalszą drogę. Docieram już do bramy, za chwilę wyjdę z parku, ale jeszcze przystaje na moment w miejscu gdzie miejscowi palą trociczki i medytują. W powietrzu unosi się piękny zapach. Da się wyczuć stan duchowego uniesienia kilku wiernych buddystów. Stoję i patrzę. Nieliczne samochody przejeżdżające obok trąbią. Wiem dlaczego. To na cześć Buddy Siakjamuniego. No i… trochę na moją.


Pień typu: ''Munch''
    Godzinę później siedzę u lokalsów odświeżony i już w pozbawionej bólu ręce dzierżę kufelek ze złocistym napojem. Jeden z wielkich podróżników polskich nazywa ten napój szczynami. Ja się z nim w tej kwestii nie zgadzam. W wielu innych zresztą też. Postanawiam obwicie zjeść i zamawiam od przesympatycznych właścicieli tego kramiko-ich-domu całego kurczaka z grilla.
Biedne ptaszysko spędziło tam chyba cały dzień, bo trochę suche jest, ale mam pieniące się małe co nieco, więc daję rady. Gospodarz proponuje mi na migi kielich jakiejś wódeczki, ale grzecznie odmawiam. Wypijam co moje, resztkami kurczaka dzielę się z jakimś psem i znikam w ciemnościach.

    Nazajutrz pakuję się i opuszczam Khao Yai National Park. Łapię songthaewa i jadę do Pak Chong. Koszt 40 bahtów. Tu łapię busa do Bangkoku za 180 bahtów. Dojeżdżam nim pod Pomnik Zwycięstwa w mieście, które utraciło już dla mnie swój niesamowity zapach. Stąd na Khao San Road biorę taksówkę i płacę 73 bahty. Popołudnie spędzam w parku nad rzeką Chao Phraya. Nie wolno tu pić alkoholu i palić papierosów. Niezwykłe jak na Bangkok. Młodzież szkolna ćwiczy tu jakieś choreografie taneczne, rodziny spacerują z dziećmi, na murkach i ławkach siedzą młodzi ludzie. Tak, tu można się wyciszyć, będąc w mieście dzikich śliwek. Wieczorem kolacja na której dowiaduję się z menu, że kurczaki i ziemniaki to też owoce morza. Ach te azjatyckie gafy w menu. Kto był ten wie, kto nie był, niech będzie. Tego Wam życzę. Warto spojrzeć na świat z różnych perspektyw. Jutro spojrzę na świat z perspektywy samolotu Air Asia. Jutro wielki dzień. Jutro lecę do Birmy.

wtorek, 30 grudnia 2014

18. Do tajskiej dżungli

19.11.2014

    
   Rano czekam przed hotelem na opóźniającego się busa, który ma mnie zawieść do Pak Chong, czyli w pobliże Parku Narodowego Khao Yai. Takie oczekiwanie na pojazd to normalność w Azji. Rzadko kiedy można się spodziewać swojego środka lokomocji  o czasie. Siedzę na chodniku i ucinam sobie pogawędkę z Francuzem, który jedzie do miasta Pattaya, stolicy seks-biznesu Tajlandii. W końcu ładują nas do jednego busika i jedziemy. Okazuję się, że wiozą nas na dworzec z busami i tam rozlokowują do następnych. Tu się rozchodzimy z kolegą i ja już wsiadam do mojego. Oczywiście, zanim odjedzie, czekamy kilkadziesiąt minut. Jestem jedynym obcokrajowcem w busie. Reszta to Tajowie. Jedziemy przez Bangkok. Po kilkunastu minutach wyjeżdżamy z miasta, ale wciąż poruszamy się po szerokich autostradach. Teren raczej płaski i niewiele ciekawych rzeczy się dzieję. Obok mnie siedzi młoda Tajka, która w jednym telefonie surfuje po facebooku, a przez drugi ucina sobie z kimś długą pogawędkę. I tak chyba półtorej godziny. Po około trzech godzinach dojeżdżamy na miejsce. Miasto Pak Chong, brama do Khao Yai. Wysiadam na małym dworcu i nie bardzo wiem co robić. Pytam jakiegoś przechodnia o hotel. Nie kuma po angielsku. Drugi przechodzień, to samo. Trzeci, też nic. Ale wpadam na pomysł, żeby zapytać kogoś na tym dworcu o jakiś pojazd, który zawiezie mnie bezpośrednio do parku. Dowiaduję się, że za chwilkę jedzie tam songthaew. Odnajduję go i zajmuję miejsce.
Co to za pojazd? To ciężarówka lub pick - up zaadoptowany do przewozu pasażerów. Po obu stronach, na pace są drewniane ławki. W tym akurat drewniana jest i podłoga. Jadę z lokalsami, ciekawie rozglądając się po okolicy. Współpasażerowie dyskretnie przypatrują się mi. Widoki coraz ciekawsze, ponieważ zaczęły się tereny górskie. Nie jakieś olbrzymie góry, ale przesuwające się krajobrazy są zacne. Mijamy piękne hotele dla turystów. Przy dwóch widzę stadka słoni. Organizuje się tu na nich przejażdżki dla turystów. Ja chciałbym zobaczyć słonie w ich naturalnym środowisku. Te hotelowe pupilki jakoś mnie nie rajcują, choć przyznam, że ich rozmiary robią wrażenie. Co jakiś czas z songthaewa ktoś wysiada, przedtem uruchomiając dzwoneczek. Płaci się kierowcy przy wysiadaniu. Jedzie z nami buddyjski mnich. Przy wysiadaniu pomaga mu dwóch miejscowych. On nie płaci za transport. Prawdopodobnie nie ma czym. Mnisi są ubodzy, jeśli chodzi o rzeczy materialne...  
    W końcu i ja osiągam swój cel. Informują mnie o tym współpasażerowie, bo przecież ja nie wiem gdzie tak naprawdę chcę wysiąść. Nie ma to aż takiego znaczenia. Chciałem wyrwać się z zatłoczonego i upalnego Bangkoku i się wyrwałem. W każdym razie, wysiadam, płacę kierowcy 40 bahtów i... co tu robić? Gdzie ja jestem? Jest skrzyżowanie w kształcie litery T na którym decyduję się na jedną z dróg. Przechodzę około 100 metrów w drodze donikąd i zatrzymuje się obok mnie Toyota Hilux. Pyta się mnie gość, (strażnik parku, jak się okazuje) gdzie się wybieram z tymi plecakami. Wyjaśniam mu, iż szukam jakiegoś noclegu w rozsądnej cenie w okolicach. I już siedzę w aucie. Ale jedziemy tylko jakieś 400 metrów.  Gość pokazuje mi bungalowy i idzie się zapytać o cenę i czy są wolne miejsca. Są. Wysiadam i żegnam się z życzliwym Tajem. Jak się okazuję w bungalowach nikogo nie ma. Żądnych gości, w sensie. Cena 900 bahtów. Biorę na dwie noce od razu, choć za tanio to nie jest. Ale jest czyściutko, woda ciepła, Internet śmiga i mam... jakieś 200 metrów do bramy parku.

Wdzięczna nazwa bungalowów.
Rozlokowuję się w pokoju, odświeżam nieco i idę zwiedzać okolicę. Nie jest to nawet wieś. Ot, kilkanaście budek handlarzy, restauracje tubylców, świątynia jakaś. Ale jest miło, bardzo spokojnie i jest chłodniej niż w Bkk. Teren jest kilkaset metrów nad poziomem morza, więc jest bardzo przyjemna temperatura. Idę do tajskiej knajpki, zjadam pyszny obiad i zaczynam się zastanawiać co robić i jaki plan wymyślić. Decyduję się iść pod bramę parku i zasięgnąć języka.
     Okazuje się, że wejście do parku dla cudzoziemca to 400 bahtów (40 zł)a dla Tajów 40 bahtów. No cóż, trzeba przełknąć tę gorzką pigułkę. Teraz pytanie, jak zwiedzać park? Można wynająć rower, motor, samochód. Ale ja chciałbym wynająć przewodnika. Przed bramą jest budynek, coś jakby centrum informacji o Khao Yai National Park. Pytam o przewodnika, ale jest problem.  Nie mówią po angielsku. Deliberujemy trochę z miła Tajką co robić. W końcu kobieta chwyta za telefon i dzwoni gdzieś. Okazuje się, że do Angielki mieszkającej w pobliżu. Po chwili ta przyjeżdża i poznaję Sarah. Mieszka w Tajlandii od 16 lat, ma kilkuletnią córeczkę i jest nauczycielką angielskiego w tajskiej szkole w Pak Chong. Kiedyś mieszkała w Bangkoku, ale uciekła na prowincję, którą naprawdę kocha. Za nic nie chce wracać na słotne Wyspy. Sarah godzi się zabrać mnie jutro na przejażdżkę po parku swoim autem. Wie o parku dużo, bo czasem zdarzają się Jej fuchy takie jak ta, czyli bycie przewodnikiem dla jakiegoś zabłąkanego wędrowca co to nie chce zorganizowanych trekkingów organizowanych przez okoliczne hotele. Umawiamy się na 8.30 rano i na stawkę 1200 bahtów. Świetnie, mam problem z głowy i zaplanowany jutrzejszy dzień. Mam więc teraz przed sobą słodkie, wieczorne lenistwo na prowincji Tajlandii. No cóż, czas na gastronomię. Ale przed tym jeszcze zażywam spaceru po okolicy. Widzę w pewnym momencie najbardziej niebezpieczne zwierzę na świecie. Ten to gatunek na przestrzeni dziejów  uśmiercił najwięcej ludzi. I tu zagadka. Jakie zwierzę widzę? Dla ułatwienia powiem, że nie jest to człowiek, bo ktoś może o tym pomyśleć.
    Po chwili ,,ląduje’’w knajpie, jeśli tak można określić ten przybytek.

Jest jednak miło, piwo się w kuflu pieni, a na talerzu pyszna ryba z grilla. Nie wiem jak się zowie, ale jest wyśmienita. W smaku przypomina wędzonego węgorza. Po chwili zamawiam dokładkę, czyli drugą rybkę. I żeby jej nie było smutno, to domawiam drugi kufelek Leo. Po kolacji idę, już w ciemnościach, niespiesznie do swojego bungalowu. Sprawy łazienkowe załatwione, więc  rozmawiam chwilę przez skypa z Darkiem, kolegą, który jest jedynym znanym mi fanem mojego pisania. Po czym czytam trochę o parku i jego mieszkańcach. Jestem podniecony na samą myśl o jutrze. Ach... podróżować, świat całować.

Kilka faktów o Khao Yai National Park.
   
    Park ten znajduje się o około 250 km na północny wschód od Bangkoku. Jest najstarszym parkiem narodowym Tajlandii. Zajmuje powierzchnię ponad 2000 km kwadratowych. Na terenie parku przeważają rozległe tereny dżungli, obszary górskie ale i tereny trawiaste. Liczne rzeczułki tworzą piękne wodospady. Jest to raj, jeśli chodzi o populacje dzikich zwierząt. Można tu spotkać: słonie, tygrysy, leopardy, małpy, szakale azjatyckie, niedźwiedzie, dziki, zwierzynę płową, węże i liczne gatunki ptaków. Nie sposób wymienić większości gatunków, ponieważ bogactwo świata fauny jest rzeczywiście imponujące.

Kilka fotek małp z Khao Yai

Wygrzebano z ucha:). ''Co to, miód?''












.